Do tej pory pisałem na tym blogu wyłącznie pozytywnie o nauce (jako o źródle rozwoju cywilizacji) i o technice (która potrafiła nawet zapewnić ludziom jazdę samochodem po księżycowych wertepach). Wspominałem o bliskiej memu sercu dziedzinie nauki, jaką jest biocybernetyka, do której jeszcze wrócę, bo jest ona tego warta. Pisałem też o fascynacji nauką i o cenie, jaką czasem za tą fascynację się płaci (płonący stos Giordano Bruno). Natomiast dzisiaj chcę dla równowagi spojrzeć na naukę i technikę krytycznie. Spróbuję Państwu opowiedzieć o tym, co się dzieje, gdy się nauce nadmiernie zaufa i gdy się przesadnie wykorzystuje tę potęgę, jaką daje nam do rąk technika.
Tak mówi teoria. A jak jest w praktyce?
Technika potrafi dziś wiele stworzyć, ale gdy się jej nieostrożnie użyje, może też wiele zniszczyć. Mamy konkretne przykłady takich zniszczeń. Powstały one, ponieważ do połowy XX wieku wierzono, iż jednym z głównych zadań techniki jest „ujarzmianie Przyrody”. Niestety ujarzmiana Przyroda potrafiła się zemścić i technika zamiast być dobrodziejstwem – stawała się przyczyną nieszczęścia.
Gdy dostarczało taniej energii elektrycznej było także bezspornie czymś pozytywnym. Mało kto wie o tym, że słynne miasto rozrywki, Las Vegas, mogło powstać na spalonej słońcem pustyni tylko dlatego, że niedaleko od niego słynna zapora Hoovera na rzece Colorado dostarczała ogromnych ilości bardzo taniej energii elektrycznej, napędzającej między innymi niezliczone klimatyzatory. Dzięki temu zwolennicy rozrywek serwowanych w Las Vegas mają w hotelach i w kasynach zapewniony miły chłód, kontrastujący ze skwarnymi ulicami i z niezbyt przecież odległą Doliną Śmierci, uważaną za najgorętsze miejsce na świecie.
Prąd uzyskiwany za pomocą zapór wodnych jest tani, a jego produkcja nie zanieczyszcza atmosfery. Naprawdę z zazdrością myślę o tym, że Norwegia ponad 85% potrzebnej energii pozyskuje z licznych elektrowni wodnych bez zanieczyszczania środowiska i praktycznie bez żadnych kosztów. Ależ by się nam przydało kilka rwących skandynawskich rzek!
Tego pięknego, ogromnego jeziora już nie ma. Na zdjęciach satelitarnych można zobaczyć, że w tym miejscu jest obecnie kilka niewielkich zbiorników z bardzo zasoloną wodą.
Popatrzmy na zdjęcie poniżej. Co robi ten statek na środku pustyni? Kto go tu przywlókł i po co?
Ależ statek jest we właściwym miejscu! Jeszcze kilkanaście lat temu właśnie tutaj pływał i służył do łowienia ryb. To nie statek przemieścił się na pustynię – to jezioro odeszło. Znikło, sczezło, zginęło jezioro, które stanowiło źródło utrzymania dla wielu ludzi. Dzisiaj dawne rybackie miasta portowe, położone kiedyś na brzegu (Aralsk i Mujnak), są oddalone od wody o setki kilometrów!
Na pozór było to racjonalne. Stwierdzono, że warunki są tam idealne do uprawy bawełny, ale jak na każdej pustyni - dramatycznie brakuje wody. Gigantycznymi pracami irygacyjnymi rzucono więc wody rzek Amu-Darii i Syr-Darii w piaski pustyni. Miliony metrów sześciennych wody zasiliły jałową od tysięcy lat ziemię. Czarne piaski się zazieleniły. Produkcja bawełny z roku na rok rosła, ale rzeki traciły wodę. Zamieniły się w suche wąwozy. Umarły przed dopłynięciem do Jeziora Aralskiego, gdzie od wieków był ich kres. Jezioro zaczęło wysychać, co spowodowało, że obecnie już go prawie nie ma.
Warto obejrzeć w Internecie animowane mapy pokazujące, jak ten dramat przebiegał:
Animowana mapa wysychania jeziora
Co więcej, ten dramat przebiega nadal. Teraz!
Zdjęcia satelitarne Jeziora Aralskiego z okresu od 2000 do 2011 roku.
Drugiego takiego procesu nie da się zaobserwować nigdzie indziej, w skali całego globu!
