Biała kurtka, spodnie w kant, elegancka fryzura i staranny makijaż. Tak prezentuje się Niemka po siedemdziesiątce. Nie ma nic wspólnego ze stereotypem „babci” robiącej na drutach. Pracuje, jeździ na nartach, uczy się nowych rzeczy, uprawia ogródek. A na drutach i tak wyczarowuje prezenty dla swoich dzieci i wnuków.

REKLAMA
Luisa w wieku 65 lat zrobiła kurs prawa jazdy i zdała za pierwszym razem. Mając lat 70 sprawiła sobie samochód. W tym roku obchodzi 85-te urodziny i nadal prowadzi. – Moje wnuki zawsze narzekały, że babcia prowadzi. Nie chciały ze mną jeździć. Ale dziś twierdzą, że jeżdżę dużo lepiej niż na samym początku i nie marudzą, kiedy wsiadają ze mną do auta. Dziś są już pełnoletnie i też mają prawo jazdy – zwierza się Luisa. Jednak prawo jazdy to nie jedyna rzecz, która Luizę wyróżnia. Przez całe życie wykonywała porcelanowe lalki i robi to do dziś. Całkowicie samodzielnie. – Najtrudniejsze w tym wszystkim jest namalowanie twarzy – tłumaczy Eva, córka Luisy. – Też próbowałam się za to zabierać, ale wystarczy, że lekko zadrży ręka i już jest buzia nieudana. A to przecież musi jakoś porządnie wyglądać. Mama potrafi to robić bezbłędnie – chwali Luisę. Rzeczywiście – mamie ręka ani zadrży i już patrzy na nas nowa lala. Luisa nie tylko wykonuje i sprzedaje swoje lalki, ale również prowadzi lekcje i naucza tej sztuki inne kobiety.
Babcia Luiza ma jeszcze jedno hobby – namiętnie gotuje. Jej dzieci i wnuki uwielbiają jej obiady, szczególnie wnuczka Ronja. Kiedy więc Luisa dostała w prezencie z okazji swoich osiemdziesiątych trzecich urodzin aparat fotograficzny, zaczęła fotografować wszystkie przygotowywane przez siebie dania. Oczywiście również to było przyczyną zabawnych złośliwości ze strony rodziny, lecz nieustraszona babcia niczym się nie przejmując robiła zdjęcia każdej potrawie. Aż w końcu nadeszły urodziny Ronji. Ku zaskoczeniu rodziny Ronja dostała od babci w prezencie album ze zdjęciami jej potraw. Na odwrocie każdego zdjęcia Luisa spisała przepisy na ulubione dania Ronji.
Erna i Winfried uwielbiają podróżować i zwiedzać nowe miejsca. Na pięćdziesiątą rocznicę ślubu Erna sprezentowała mężowi podróż do Rzymu. W tym samym roku Winfried zabrał żonę do Wenecji z okazji jej siedemdziesiątych urodzin. To właśnie tam spotykam ich po raz pierwszy. Siedzą na kamiennych schodkach nad kanałem przy Piazzale Roma i popijają białe wino z malutkiej winiarni na rogu. Winfried ochoczo biegnie do przechodzącego mężczyzny, aby poprosić o zdjęcie. Ma trzy bypassy, jednak nie przeszkadza mu to w prowadzeniu aktywnego trybu życia. „Dorobił” się ich pracując przez całe życie jako przedstawiciel handlowy.
Erni i Winnie – jak sami siebie pieszczotliwie nazywają – uwielbiają grać z przyjaciółmi w gry towarzyskie. Najbardziej podobają im się kalambury. Spotykają się w tym celu wszyscy raz w tygodniu. W poniedziałki. We wtorki idą na basen. W środy do studia fitness. Wspólnie organizują wycieczki, wynajmują autobus i przewodnika i jadą na wakacje tam gdzie chcą. Nie z przypadkowymi ludźmi, lecz przyjaciółmi.
Hellen ma dziś sto lat. Aktywność była wpisana w całe jej życie. Twierdzi, że sport, podróże, sztuka i kultura ją odmładzają. W młodości pracowała jako wolontariuszka w fundacji opiekującej się młodymi artystami. Sztuka pozostała więc w jej sercu i Hellen nadal stara się bywać na wernisażach, koncertach i przedstawieniach teatralnych, jeśli tylko zdrowie jej na to pozwala. Dziś już nie podróżuje, jednak całe życie uwielbiała jeździć do Francji, odwiedzać swoją ojczystą Saksonię oraz Polskę. Jako wolontariuszka udzielała się nie tylko w fundacji. Była również członkinią zarządu Towarzystwa Ochrony Zwierząt, prowadziła turnieje golfowe dla dzieci. Golf był jednym z jej ulubionych sportów, zaraz po jeździe na nartach.
Od dwudziestu lat Hellen mieszka w Domu dla Seniorów, gdzie otacza się wianuszkiem dobrych przyjaciół. Tam w dalszym ciągu może się poświęcać swoim pasjom. Uczy gry w golfa innych seniorów, chodzi na przedstawienia, a czasami po prostu siada i obserwuje jak młodsi koledzy i koleżanki grają w kręgle. W styczniu razem se swoją liczną rodziną, wnukami i przyjaciółmi świętowała hucznie setne urodziny. Mówi, że życie się jej jeszcze nie znudziło.
Mając dziewięć lat Martha przeniosła się z rodzicami z Czechosłowacji do Niemiec. Zwyczaj pomagania ludziom wyniosła z domu rodzinnego. I pomimo że w Niemczech każdy najczęściej pilnuje własnego nosa i niechętnie oddaje innymi, Martha nigdy nie zmieniła swojego nastawienia. – Dla nas było oczywiste, że trzeba się dzielić, nawet jeśli samemu nie ma się zbyt wiele – mówi. Jest znana w swoim mieście z charytatywnej działalności. Każdy wie, że jeśli odda w jej ręce już niepotrzebne ubrania, to trafią one do odpowiedniej rodziny.
Dwanaście lat temu Martha założyła wraz z innymi kobietami klub pomocy dzieciom chorym na raka. Samodzielnie robiła i sprzedawała na targu konfitury i marmoladę. Kiedy klub się rozpadł kontynuowała swoją działalność samotnie. Owoce zbiera również sama, często jednak pomaga jej mąż. Kiedy tylko może zrywa jeżyny, dziką różę i czarny bez. Chętnie również przyjmuje owoce w darze. W taki sposób w ciągu dwunastu lat Martha zdołała wspomóc Towarzystwo dla dzieci chorych na raka imponującą sumą dwunastu i pół tysiąca euro. Dziś w wieku 72 lat otrzymuje od miasta nagrodę za swoją działalność. Jednak Martha nie zatrzyma pieniędzy dla siebie. Chce kopić nową maszynę do szycia dla dzieci, które uczestniczą w jej kursie. W ramach programu dla seniorów Martha została poproszona o prowadzenie takiego kursu. – To spełnienie moich marzeń. Zawsze uwielbiałam szyć i pragnęłam uczyć tego dzieci – wyznaje. W wolnym czasie Martha lubi myszkować w sklepach z materiałami i pasmanteriach. Szuka nowych pomysłów, które zachwycą jej podopiecznych.
A wspólną cechą prawie wszystkich niemieckich babć jest niezwykła uprzejmość. Gdyby mogły, same chętnie by ustępowały miejsca w autobusach innym ludziom. Nierzadko zdarza się, że z uśmiechem na ustach przepuszczają w drzwiach dużo młodsze od siebie osoby.