
Szanowni Panowie, pozwalam sobie na tę uprzejmą i neutralną formę zwracania się do szanownego gremium. Stosowanie przeze mnie tradycyjnej tytulatury byłoby z mojej strony nieszczere, by nie powiedzieć, że groteskowe, a ja chcę być z Panami bardzo szczera. Mam bowiem potrzebę wyznania Wam wiary – wiary w człowieka i jego niezbywalną godność i prawo do szczęścia.
REKLAMA
Kilkanaście dni temu przyjęliście Panowie na Jasnej Górze dokument poświęcony stosunkowi Konferencji Episkopatu Polski do społeczności LGBT+. Napisane jest tam, że "Nie do zaakceptowania są jakiekolwiek akty przemocy fizycznej lub werbalnej, wszelkie formy chuligańskich zachowań i agresji", jednocześnie wielu księży, w tym hierarchowie z abp Markiem Jędraszewskim określają gejów i lesbijki jako zagrożenie dla społeczeństwa, jako zarazę, jako ideologię, która ma rzekomo rozbić heteroseksualne rodziny.
W powszechnej ocenie określanie kogoś mianem zarazy jest przemocą werbalną, która nawołuje do przemocy fizycznej, a historia pokazuje, że nawet do eksterminacji. Dla hitlerowców zarazą byli Żydzi, Romowie, homoseksualiści. W latach 30-tych XX wieku tak ich nazywał Hitler i jego przyboczni, a w latach40-tych przeszli od słów do czynów – gazowali, wieszali, rozstrzeliwali tych ludzi – miliony ludzkich istnień. Ale mamy też całkiem niedawne przykłady, jak narracja o zarazie potrafi doprowadzić do ludobójstwa – w latach 90-tych w Rwandzie dla ludu Hutu zarazą byli ich współobywatele z ludu Tutsi. Od słowa do maczety i głowa ucięta. Milion głów. Abp Hoser widział to na własne oczy. Spytajcie się go, jak nie wierzycie.
W powszechnej ocenie określanie kogoś mianem zarazy jest przemocą werbalną, która nawołuje do przemocy fizycznej, a historia pokazuje, że nawet do eksterminacji. Dla hitlerowców zarazą byli Żydzi, Romowie, homoseksualiści. W latach 30-tych XX wieku tak ich nazywał Hitler i jego przyboczni, a w latach40-tych przeszli od słów do czynów – gazowali, wieszali, rozstrzeliwali tych ludzi – miliony ludzkich istnień. Ale mamy też całkiem niedawne przykłady, jak narracja o zarazie potrafi doprowadzić do ludobójstwa – w latach 90-tych w Rwandzie dla ludu Hutu zarazą byli ich współobywatele z ludu Tutsi. Od słowa do maczety i głowa ucięta. Milion głów. Abp Hoser widział to na własne oczy. Spytajcie się go, jak nie wierzycie.
Czy w związku z tym zamierzacie Panowie wyciągnąć wobec swoich współbraci, księży i biskupów jakieś konsekwencje za te nienawistne słowa rzucane z ambon, na spotkaniach z wiernymi, w mediach? Wszak Pismo głosi, że po owocach ich czynów poznacie.
We wspomnianym dokumencie piszecie, że „Postulat szacunku dla każdej osoby, w tym osób identyfikujących się z LGBT+, jest w pełni słuszny, zaś demokratyczne państwo prawa powinno zadbać o to, aby żadne z podstawowych praw tych osób nie było naruszane”. Słuszne to i sprawiedliwe. Byłabym pełna podziwu dla Was, Panowie, gdybyście w tym samym dokumencie wielokrotnie nie zadali kłamu tym słowom.
Napisaliście Panowie, że „Odrzucenie tradycyjnej moralności doprowadziło do głębokich zmian w rozumieniu ludzkiej płciowości” i dalej „Szczególnym wyrazem tych przemian jest ideologia gender oraz postawy charakterystyczne dla LGBT+. Proklamują one prawo do samookreślania przez człowieka swojej płci bez odniesienia do obiektywnych kryteriów wyznaczonych przez jego genom i anatomię oraz radykalny rozdział między płciowością biologiczną (sex) i kulturową (gender), pierwszeństwo płci społeczno-kulturowej przed płcią biologiczną, a także dążenie do stworzenia społeczeństwa bez różnic płciowych”. Czy Wy naprawdę wierzycie w to, co napisaliście?
Rozróżnienie na płeć biologiczną i kulturową jest znane w światowej psychiatrii od dekad. Potwierdzenie istnienia tej drugiej można znaleźć w badaniach naukowych. Przecież psychiatrzy i seksuolodzy to nie są sami ateiści, którzy oprócz leczenia chorób psychicznych przysięgają walczyć z Kościołem i jego nauką? I czy naprawdę wierzycie, że uznanie praw i godności osób LGBT+ (takie prawdziwe uznanie ich praw, a nie tylko zadeklarowane na papierze) doprowadzi do stworzenia społeczeństwa bez różnic płciowych? Że nagle mężczyzna, górnik, hutnik lub kierowca, który ma z żoną i trójkę dzieci, a w młodości miał jeszcze kilka innych partnerek nagle stanie się gejem i zacznie się uganiać za chłopakami? Albo, że kobieta, której podobają się mężczyźni nagle się przerzuci na koleżanki, bo skoro uznaliśmy prawa lesbijek to nagle te kobiety zechcą się kochać z osobami tej samej płci? Wierzę, że jesteście Panowie osobami inteligentnymi, więc wypisywanie takiej nieprawdy i kalumnii oznacza, że chyba swoich wiernych uznajecie za osoby mało rozgarnięte.
W dokumencie jest napisane też, że "Obowiązek szacunku dla osób związanych z ruchem LGBT+ nie oznacza bezkrytycznego akceptowania ich poglądów". Tak, to prawda. Ja sama mówię, że inność wystarczy szanować. Nie trzeba kochać, ale szanować już tak. Nikt nie oczekuje bezkrytycznego akceptowania poglądów osób nieheteronormatywnych, tak samo jak nie każdy musi podzielać bezgraniczny zachwyt dla danej partii politycznej, uwielbienia dla koloru turkusowego i muzyki Chopina. Powiem więcej – nie każdy musi lubić pieczonego kurczaka.
Niechęć do bezkrytycznego akceptowania nie jest i nie powinna być utożsamiana z próbami zakazywania, ograniczania i piętnowania. Gdyby tak było, to musiałabym rozwieźć się z mężem – fanem pieczonego kurczaka. Ktoś powie, że kurczak to nie to samo co orientacja seksualna. Prawda, ale czy to oznacza, że jeżeli mężczyzna kocha mężczyznę to trzeba mu tego zakazać, leczyć, obrażać, napiętnować? Czy przykazanie miłości bliźniego ma tyle wyjątków, że dotyczy tylko białego, heteroseksualnego Polaka o konserwatywnych poglądach? No chyba nie!
Napisałam te słowa do Was, Panowie, bo Wasze słowa mają moc. Wielką moc i mogą czynić zarówno wielkie dobro, jak i wyrządzić wielką krzywdę. W tym dokumencie pod płaszczykiem wielkiego dobra wyrządzacie ludziom wielką krzywdę. Nie ma czegoś takiego, jak „godność, ale”. Jest „godność”. Tak, jak prawdziwa miłość nigdy nie będzie „miłością, ale”. A Wy, drodzy Panowie, coraz mniej jesteście dobrem i miłością, a coraz bardziej „ale”... I Wasi przełożeni, zarówno tu, jak i tam wyżej wyraźnie to widzą...
