
Pamiętam swoje oburzenie i niedowierzanie, gdy Jarosław Kaczyński desygnował w 2006 roku na ministra edukacji Romana Giertycha, wówczas szefa skrajnie prawicowej Ligii Polskich Rodzin i byłego przewodniczącego Młodzieży Wszechpolskiej. Już wtedy ówczesny premier pokazał, jak głęboko ma w poważaniu polski system oświaty i jak instrumentalnie jest w stanie go traktować. Edukacja to dla Kaczyńskiego przede wszystkim przedmiot politycznego dealu – nie dobro dzieci, nie godność nauczycieli, nie przyszłość polskiego społeczeństwa, bo przecież edukacja ma na to duży i bezpośredni wpływ.
REKLAMA
Gdy Kaczyński wyznaczył w 2015 roku Annę Zalewską na ministra edukacji po kilku latach okazało się, że to też był deal – minister dostała zadanie do wykonania – przeprowadzić katastrofalną w skutkach reformę - wbrew rodzicom, nauczycielom, dzieciom, specjalistom z zakresu nauczania i także wbrew zdrowemu rozsądkowi. I zrobiła to, choć koszty tej deformy szkolnictwa ponoszą wszyscy tylko nie ona, nie PiS, nie rząd. W zamian wystawili ją jako jedynkę na liście wyborczej do europarlamentu – teraz może sobie w spokoju i dostatku dogorywać politycznie, korzystając ze zdobyczy cywilizacyjnych zachodnich społeczeństw, które z taką werwą w Polsce tępiła: poszanowanie dla mniejszości , wielokulturowość, pluralizm światopoglądów. No i pensja w euro.
Gdy wydawało się, że gorzej już być nie może to Kaczyński powołał na stanowisko ministra edukacji Dariusza Piontkowskiego – człowieka bezbarwnego, bez charakteru i bez wizji polskiej oświaty. Patrząc na wcześniejsze wybory Prezesa można to uznać nawet za zaletę. Gdy na chaos, spowodowany nieudaną reformą edukacji i upodleniem nauczycieli, których po strajku zwyczajnie oszukano, nałożyła się pandemia Covid-19 i wywróciła mocno poturbowany system edukacji do góry nogami ten człowiek, podobnie jak większość rządu, w nowej i ekstremalnej sytuacji po prostu sobie nie poradził. I nie powinno to dziwić, bo Kaczyński i jego klika są specjalistami od rozwiązywania problemów, które sami kreują. Z tymi, które rzeczywiście się pojawiają radzą sobie już dużo gorzej.
Przemysław Czarnek jako minister od edukacji narodowej, ale także od szkolnictwa wyższego to najnowszy i chyba najbardziej upiorny pomysł Jarosława Kaczyńskiego na polską oświatę i szkolnictwo wyższe. O ile nominacja Giertycha czy Zalewskiej była policzkiem dla nauczycieli, dzieci czy rodziców, to nominacja Czarnka jest kopaniem w brzuch i to leżącego. Homofob, mizogin, nacjonalista i skrajny konserwatysta został szefem nowego superresortu – edukacji i szkolnictwa wyższego.
O kształcie polskiego systemu oświaty ma decydować człowiek, który otwarcie sprzeciwia się równouprawnieniu kobiet i najchętniej zagoniłby je do garów i rodzenia dzieci. Który osoby homoseksualne nazywa nienormalnymi. Który pozwala sobie publicznie na zachowania cyniczne, chamskie i prostackie. Taki Jacek Kurski bis, tylko, że dano mu coś dużo większego i bardziej skomplikowanego do zarządzania niż polska telewizja.
Dla mnie jako polityczki jest to pogwałcenie standardów kultury politycznej i zasad demokracji. Jako Polka widzę w tym katastrofę na miarę całego społeczeństwa, bo jeśli ktoś od wielu lat konsekwentnie rujnuje polską edukację i stawia na jej czele ludzi politycznie i moralnie skompromitowanych to oznacza, że nasze państwo ma gdzieś to czy będziemy narodem mądrym, czy głupim, czy będziemy budowali silną wspólnotę czy ugrzęźniemy w plemiennych wojenkach ludzi słabo wykształconych i łatwych do zmanipulowania. Jako matka trzech synów, dwóch w szkole i jednego na studiach, jestem zrozpaczona i chce mi się krzyczeć ze złości – bo to dotyka moje dzieci, dzieci moich bliskich i wszystkich młodych Polaków. Bo Czarnek, Kaczyński i ten cały przeklęty rząd gotuje nam wszystkim, a młodym w szczególności, piekło życia w kraju zacofanym, wewnętrznie skłóconym i z instytucjami państwa, które znaczą tylko tyle, ile jest wart interes jednego czy drugiego politycznego bandyty.
Jako matka chciałabym, żeby moje dzieci żyły lepiej niż ja, w lepszej Polsce, niż ja żyłam, były lepiej wykształcone, lepiej zarabiały i były szczęśliwsze niż ja. Ale przerażająca prawda jest taka, że lepiej w tym kraju to już było. Wszystkie rządy przyczyniły się do upadku edukacji, ale jeden człowiek zrobił w tym zakresie wyjątkowo dużo złego – Jarosław Kaczyński. I nawet jeśli odpowiada on teraz tylko przed Bogiem i historią (bo przecież nie przed systemem sprawiedliwości, który do spółki z Ziobrem zniszczyli) to zrobię wszystko, aby został zapamiętany jako jeden z największych szkodników w polskiej historii.
A co do Czarnka, to cóż. Jest on kolejnym zderzakiem Kaczyńskiego od wykonywania jego poleceń. I będzie to robił gorliwie, bo gorliwość w nienawiści do innych pokazał już wielokrotnie. W końcu polska edukacja i przyszłość naszych dzieci to tylko pionek w grze Kaczyńskiego. Może chce tym zahamować rosnącą pozycję Konfederacji i będzie się teraz licytował kto jest większym nacjonalistą i ksenofobem. Może nominacja Czarnka ma odwrócić uwagę od rzeczywistych problemów polskiej szkoły – spadającego poziomu nauczania, malejącej liczby nauczycieli, którzy nie chcą pracować w zawodzie, który dla rządzących jest tak niewiele wart, skutków deformy szkolnictwa. A może to jest to ekstrawagancja gasnącego człowieka z władzą absolutną, który nie ma nic do stracenia, więc pozwala sobie na każde szaleństwo? Niezależnie od powodów tej nominacji pamiętajcie – to gra Kaczyńskiego. I on już nie będzie za nią płacił.
