Wprost

Zablokowanie wjazdu Jarosława Kaczyńskiego na Wawel, w celu odwiedzin na grobie brata, po ludzku mogło być dla niego doświadczeniem przykrym. Po ludzku też oceniając tę sytuację, trudno jednoznacznie przyklasnąć takiemu zachowaniu. Z drugiej strony jednak tak samo przykro było wszystkim tym, którym szef PiS odbierał prawo do patriotyzmu, poczucia godności i prawa do podejmowania decyzji w swoim prywatnym życiu. Prezes Kaczyński poczuł się po raz pierwszy w Polsce tak, jak wszyscy ci, którzy się z im nie zgadzają – nie u siebie.

REKLAMA
Narastająca pogarda wobec obywateli, którzy sprzeciwiają się sposobowi rządzenia PiS, doprowadziła do sytuacji, których wcześniej nie obserwowaliśmy. Nikt nigdy nie zakłócał miesięcznic smoleńskich, choć dla wielu były one niczym więcej jak politycznym wiecem. Nikt nie zabraniał Jarosławowi Kaczyńskiemu odwiedzać grobu brata, współczując jego tragedii i szanując jego decyzje. Lecz odkąd PiS zdobył władzę zaostrzał swoją narrację w taki sposób, iż wielu z Polaków zaczęło wątpić czy wciąż w Polsce są u siebie. Pogarda wobec obywateli stała się, po prostu, dla nich nieznośna. Eskalacja, de facto, nienawiści doprowadza w końcu do sprzężenia zwrotnego, które nastąpiło w niedzielę pod Wawelem. Słusznie? Oczywiście, nie powinno to się zdarzyć. Ale Jarosław Kaczyński powinien antycypować konsekwencje swojej strategii i jeżeli liczył na to, że budowany przez niego podział nigdy nie odbije bezpośrednio na nim, świadczy to o jego oderwaniu od rzeczywistości. Przez ostani rok tzw. gorszy sort organizował się w przestrzeni wspólnej, podczas gdy kolejne decyzje większości sejmowej bezpośrednio ingerowały w życie prywatne każdego z obywateli. Coś pękło, zabrakło cierpliwości, zabrakło dobrej woli. Pogarda Jarosława Kaczyńskiego okazała się mieczem obosiecznym.