Wczorajszą, dzisiejszą i jutrzejszą politykę można przyrównać do sztuk teatralnych. Są sztuki gorsze i te lepsze. Monodramaty, komedie i inne gatunki. Można być postacią tylko epizodyczną, bądź głównym bohaterem. Można ponosić tłum, albo go usypiać i nie dawać nadziei na happy end.

REKLAMA
Nie od dziś wiemy, że polityka uwielbia budzić skrajne emocje. Kocha łączyć i dzielić. Nienawidzi próżności i monotonności. Za ulubioną potrawę uznaje spaghetti z sosem chili. Jest bez końca. Ciągnie się w nieskończoność. Aż po następne pokolenia. Przybiera na sile dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś nadzwyczajnego. Bywa, że i niemoralnego. Niech nas to nie dziwi.
Dziwiło mnie, ale już nie dziwi zachowanie Jarosława Kaczyńskiego, który przeszedł już chyba wszystkie stadia metamorfozy politycznej, a dosłownie- piarowej. Zaczynając od wyborów samorządowych, do parlamentarnych i tych prezydenckich. Nawet po śmierci kota, media trąbiły o jakże istotnej dla narodu sprawie.
Różnego typu 'patriotyczne' wiece, manifesty, zgromadzenia, to bodziec dodatni Prezesa PiS. Nabiera charyzmy i siły. Przemawia niczym 'Mąż Stanu', zastępując przy okazji 'Ojca wszystkich Polaków-Katolików'. Bez wyjątków. Pewna część społeczeństwa ufa politykowi o trzech, a może nawet i o czterech twarzach.
Istnieją różnego typu bomby. Są takie, które wybuchają zaraz po podłożeniu, a także takie, które eksplodują dopiero w odpowiednim momencie, w odpowiednim czasie. Jarosław Kaczyński jest tą drugą. Wybucha wtedy, gdy widzi zmartwienie i zaniepokojenie swoich wyborców.