Dobrze się stało, że wytworzyła się publiczna debata. Nie byle jaka, bo o przyszłości. Takie są przynajmniej prognozy, oparte na doświadczeniach. To prawda, że czasy się zmieniły, że świat ruszył naprzód, że powstają nowe technologie, ale jedno pozostało z tyłu- szkolnictwo.
REKLAMA
Nie ma co zanudzać historią reformy oświaty, ponieważ jest to mało interesujące. Warto jednak zaznaczyć, że zmiany nastąpiły z dniem 1 września 1999 roku. To wtedy skrócono etap nauczania w szkołach podstawowych, a także dodano gimnazja. Pokolenie piłkarskiej FIFY zostało poddane niecodziennemu zabiegowi. Młodzi, którzy powinni rozpocząć siódmą klasę, rozpoczęli edukację od pierwszej gimnazjalnej.
Nastąpił pewien nieład, którego konsekwencje są dzisiaj bardzo widoczne. Coś się pogubiło, coś się pomieszało. I już nie chodzi tylko o katechezę, która za czasów 8 klasowej szkoły podstawowej, była wygłaszana w salkach katechetycznych. Wraz z rozpoczęciem nauki w gimnazjach, młodzi poczuli się wyżsi, choć niekoniecznie wzrostem. Gimnazja uczą tego samego, czego uczy szkoła podstawowa. Czyli nic nowego.
System 8 klasowy, za którego uczono niewątpliwie więcej, który wychowywał absolwentów w należyty sposób, był systemem trafionym. Z opowiadań wynika, że były to lepsze czasy. Z nauczycielami było się za pan brat, a szkoła była elementarzem dla uczniów.
Kiedyś obiło nam się o uszy, że istnieje system edukacji domowej. Poza Wielką Brytanią, Kanadą, USA i Australią, stosuje go Chile i Tajwan. Ciekawe rozwiązanie.
