Ostatnie konklawe dało mi dużo do myślenia. Od razu zaznaczam, że mam duży szacunek do osób, które utożsamiają się z jakąkolwiek religią - pod warunkiem, że nie celebrują swojego wyznania w sposób antyspołeczny. Mogłem na samym wstępie podać, że na czele kościoła powinna stanąć osoba pro-wyznaniowa, czyli taka, której poglądy religijne będą się na siebie nachodziły. W skrócie: papieżem zostaje filozof religijny, popierający i znający od podszewki każde wyznanie. Mission impossible.
REKLAMA
Wczorajsza i dzisiejsza Kuria Rzymska to przede wszystkim zaściankowe zawieranie umów, czysty biznes, dzielenie społeczeństwa, a także pogarda dla przeciętnego obywatela. Obraz ten widnieje już od pokoleń. Żaden z papieży tego nie zmienił - mimo szczerych chęci. Kuria ta rządzi Watykanem, a może i całym światem. Budzi strach i odrazę. Najlepiej nie robić sobie tutaj wrogów. To błędne koło, tak być nie powinno.
Większość z papieży było tylko marionetkami w dłoniach członków Kurii. Pociągali za sznurki tak, aby im pasowało, aby nie narobili sobie za dużo krzywd. Nie wszystko jednak wychodziło po ich myśli. Afery pedofilskie, tajne dokumenty, nieścisłości finansowe - to zły duch Stolicy Apostolskiej. Zły duch, którego powinno się przepędzić. Jestem przekonany, że gdy purpuraci zbierają się przed konklawe, niektórzy z nich modlą się o to, aby nie zostać głową kościoła. Wiedzą z czym to się je.
Czy Franciszek I coś zmieni? Szczerze wątpię. Poza utożsamianiem się ze świętym Franciszkiem z Asyżu i sympatyczną twarzą, nie widzę chęci wielkich zmian. Domniema się, że wieki temu, na czele kościoła stała kobieta. Była papieżycą. To tylko suche przypuszczenia, ale gdyby tak rzeczywiście kobieta została papieżycą? Moim zdaniem mogłaby poradzić sobie z watykańskim betonem. Margaret Thatcher w wielu sprawach postawiła kropkę nad i, choć miała niesprzyjające wiatry.
Tylko silna kobieta może zmienić obraz watykańskich salonów.
