Jakiś czas temu pisałem o "Wojnie polsko-ruskiej", którą możemy oglądać na dużym i małym ekranie, oczywiście przeczytać, ale także przesłuchać w świetnej interpretacji Grzegorza Przybyła. Podobnie wygląda sytuacja z nowelą "Drive" Jamesa Sallisa. Wydana w wersji drukowanej w 2005 roku, w 2011 roku doczekała się adaptacji filmowej, a w 2012 roku do polskich księgarń trafiła w interpretacji Krzysztofa Gosztyły.

REKLAMA
Krzysztof Gosztyła to jeden z najlepszych lektorów w Polsce. Przeczytał prawie 40 audiobooków, w tym takie bestsellery, jak: Stieg Larsson, "Millennium", Cormac Mccarthy, "Droga", Umberto Eco, "Imię róży". Z ostatnich dokonań warto wymienić "Dziennik" Jerzego Pilcha i oczywiście "Drive" Jamesa Sallisa.

Wojna polsko-ruska w trzech odsłonach
----------------------------------
Zachęcam do przeczytania tekstu Tomka Rabsztyna.
,,Drive" - pasjonująca jazda po kinie, niezła przejażdżka po literaturze
Oparty na powieści Jamesa Sallisa film ,,Drive", który stosunkowo niedawno gościł w naszych kinach, zaś w maju pojawił się na katowickim Festiwalu Filmów Kultowych jako najmłodszy chyba jego reprezentant, od początku wzbudzał spore kontrowersje. Jedni z widzów natychmiast prawie uznali go za dzieło kultowe, inni - za raczej przeciętny film sensacyjny, z banalną w dodatku fabułą. Co ciekawe, tytuł ten w mniejszym stopniu podzielił krytyków, którzy raczej zgodnie podkreślali jego wysokie walory artystyczne.
Wydaje się, że taka względna jednomyślność recenzentów miała miejsce nie bez powodu. ,,Drive" rzeczywiście pozostaje jednym z najlepszych i wizualnie wysublimowanych filmów nie tylko tego roku, ale i kilku ostatnich lat. Żeby w pełni go jednak docenić, trzeba być zaznajomionym z historią kina, bowiem obraz Nicolasa Windinga Refna pełen jest mniej lub bardziej ukrytych cytatów. Przykładowo brawurowa scena pościgu po nieudanym napadzie nie wywrze może wrażenia na tych, którzy wychowali się na wygenerowanych komputerowo samochodowych gonitwach, jak ta na autostradzie w drugiej części ,,Matrixa", ale z pewnością przypadnie do gustu miłośnikom klasycznych filmów z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, w których większość podobnych ujęć kręcono z udziałem kaskaderów. Mowa tutaj chociażby o takich mistrzowskich filmach jak ,,Bullit" (1968) Petera Yatesa czy ,,Francuski łącznik" (1971) Williama Friedkina. Teraz mało który reżyser wykorzystuje jeszcze stare, kaskaderskie metody, wyjątkiem może byłby Quentin Tarantino ze swym obrazem ,,Grindhouse: Death Proof" (2007).
Takich smaczków dla kinomanów jest u Refna znacznie więcej, wystarczy wspomnieć, że jedna z końcowych scen ,,Drive", rozgrywająca się nad morzem, na pustej plaży, przywodzić może na myśl z kolei ,,Dopaść Cartera" (1971) Mike'a Hodgesa, nie tyle już ze względu na miejsce zemsty, ile na moralną ambiwalencję dwóch antagonistów. Podobnie jak u Hodgesa, akcja ,,Drive" również rozgrywa się w końcu w przestępczym środowisku, a jego główny bohater w dużym stopniu do tego środowiska należy - pracuje jako kierowca wynajmowany do różnych ,,skoków".
To wszystko nie znaczy, że aby dziełem Refna się cieszyć, potrzebna jest znajomość konkretnych tytułów ( a tych znalazłoby się przecież dużo więcej, bo sporo w nim odwołań jeszcze do nurtu noir czy kiczowatych filmów klasy B), nie bowiem o konkretne nawiązania tutaj chodzi, ile samo wyczucie stylistyk i tendencji rządzących X Muzą na przestrzeni lat. Nie należy tego zresztą rozumieć w ten sposób, że widz podchodzący do kina czysto rozrywkowo, nad niuansami reżyserii się niezastanawiający, nic z filmu nie wyniesie. Problem tkwi w tym, że ,,Drive" również tempem narracyjnym świadomie zbliża się momentami do starszych dzieł i dla widzów z nimi nieobeznanych, interesujących się głównie najnowszym, zazwyczaj równie dynamicznym, co i głupawym kinem sensacyjnym, może wydać się nudny.
Fakt, że ,,Drive" jest po prostu genialnym zbiorem filmowych klisz, nie byłby tutaj niczym nowym, podobnie swoją twórczością bawi się chociażby wspomniany już wcześniej Quentin Tarantino, którego filmy powszechnie są rozumiane i cenione. Różnica polegałaby na tym, że Refn wykorzystuje znane schematy w o wiele bardziej zakamuflowany i subtelny sposób, przede wszystkim bez prześmiewczej z nimi gry. Tym samym ,,Drive" z jednej strony pokazuje, podobnie jak ,,Pulp Fiction"(1994) czy ,,Kill Bill" (2003), że kino - chcąc nie chcąc - musi się dziś żywić przeszłością, z drugiej - w przeciwieństwie do nich niespodziewanie uświadamia nam, iż niekoniecznie zakłada to zaraz postmodernistyczny hołd czy parodię. Raczej udowadnia, że ze starych elementów zbudować można po prostu nową jakość.
O ile jednak zarówno artystyczny, jak i komercyjny sukces ,,Drive" przede wszystkim wynikał ze świetnych zdjęć, niepowtarzalnego klimatu i rewelacyjnie podłożonej ścieżki dźwiękowej, co w połączeniu z prostą, sentymentalno-kiczowatą historią przyniosło piorunujący efekt, o tyle literacki pierwowzór Sallisa obronić się musi samą opowieścią. I od razu trzeba zaznaczyć, że chociaż równie świetnie co film Refna się nie broni, to jednak warto po niego sięgnąć.
Chociaż powieść ma względnie mniejsze pole do popisu w podobnie kreatywnej zabawie kliszami, u Sallisa również wyczuwalna jest intertekstualność, na przykład w charakterystycznym klimacie przypominającym czarne kryminały. W wersji na audiobook klimat ten dodatkowo świetnie podkreśla lektor, Krzysztof Gosztyła, którego niski, spokojny, cyniczny głos świetnie pasowałby chociażby do interpretacji nieśmiertelnych utworów Raymonda Chandlera (notabene nazwisko stworzonego przez pisarza detektywa, Philipa Marlowe'a, w ,,Drive" się pojawia). Metajęzykowość książki podkreśla też sam zawód głównego bohatera, który jest kaskaderem filmowym. Ale i ten wątek o wiele lepiej sprawdza się w filmie, funkcjonuje w nim bowiem niejako na tym samym poziomie. Oczywiście wszelka interdyscyplinarność jest teraz w modzie, lecz zwyczajnie lepszy efekt można uzyskać, kiedy analogiczny autotematyzm pojawia się na tej samej, a zatem filmowej płaszczyźnie. Z drugiej jednak strony, w ,,Siostrzyczce" Chandlera światek przestępczy również nieustannie przenikał się ze światkiem filmowców, i ,,Drive" można potraktować także jako udane przedłużenie tej strategii fabularnej.
Ciekawie też wypada kwestia scen, które w literaturze mniej efektownie muszą wypaść z założenia, chociażby tych ukazujących niezwykłe umiejętności głównego bohatera w prowadzeniu samochodu. U Refna istotnie robią one wrażenie, u Sallisa jego wyczyny w pewnej mierze bierzemy raczej na słowo. Czasem autor faktycznie dość barwnie je opisuje, niejednokrotnie jednak załatwia sprawę, używając prostych, lecz w kontekście całości zabawnych zwrotów, jak ,,pokazał im, co potrafi" lub ,,prowadził jak sku... syn".
Czy zatem warto sięgać i po książkę, i po film? W zasadzie tak. Chociaż opowiadają one tę samą historię, stanowią odmienne dzieła i na co innego jest w nich położony akcent. Refn stworzył mini arcydzieło i wizualną perełkę, Sallis - po prostu całkiem dobry, niepozbawiony czarnego humoru, wciągający kryminał, w którym autor wprawdzie bawi się konwencją i odwołuje do klasyki, lecz i w którym stawia na tak standardowe, sprawdzające się i podkreślające napięcie zabiegi, jak narracja retrospektywna. ,,Drive" w wersji oryginalnej zaczyna się bowiem - to śmiało można zdradzić - krwawą sceną w łazience, nie zaś - jak u Refna - pościgiem. Retrospekcje sięgają zresztą dalej i dzięki nim możemy poznać też trochę faktów z przeszłego życia Kierowcy, które to jednak fakty - zwłaszcza w interpretacji Gosztyły - wcale nie odbierają mu niezbędnej nutki tajemnicy.