Pewnie niewiele osób zwróciło uwagę na fakt, że powieść „Nędznicy” kończy w tym roku 150 lat. Nie jest to wprawdzie okrągła rocznica, ale i tak przy tej okazji warto zastanowić się, jak myśli i idee Hugo funkcjonują w dzisiejszym świecie. A skoro jesteśmy w dzień polskiej premiery „Prometeusza” Ridleya Scotta i na kilka miesięcy przed — również gorąco oczekiwaną — premierą musicalu „Nędznicy” w reżyserii Toma Hoopera (w rolach głównych Hugh Jackman i Russell Crowe), proponuję tekst łączący w sobie zarówno twórczość reżysera „Obcego”, jak i myśli Victora Hugo.
REKLAMA
Zanim jednak sam tekst, warto wrzucić coś dla oka i ucha:)
Najpierw oficjalny trailer filmu:
Fragment musicalu w genialnej wersji z Teatru Muzycznego Roma:
No i oczywiście muszę dodać, że Wydawnictwo Aleksandria wydała całość "Nędzników" w interpretacji Marka Walczaka
A teraz tekst Tomka Rabsztyna „Łowca Androidów” jako przewrotna antyteza „Nędzników” Victora Hugo
Kino od początku inspirowało się twórczością słynnego dziewiętnastowiecznego pisarza, zwłaszcza zaś jego największym chyba dziełem, mianowicie fenomenalną powieścią „Nędznicy”. Nie mam tu na myśli kwestii oczywistej, czyli wiernych ekranizacji książki Victora Hugo. O wiele ciekawiej prezentują się te obrazy, które z twórczością francuskiego autora korespondują w znacznie subtelniejszy sposób, prowadząc z nią — mniej lub bardziej świadomą — grę.
W „Nędznikach” pojawiły się przynajmniej dwa wielkie literackie — a w konsekwencji i filmowe — „archetypy”, oba związane z głównym bohaterem historii, Janem Valjean’em. Pierwszy dotyczy związku zachodzącego między wspomnianym Valjean’em a przypadkowo napotkanym na swej drodze biskupem Myrielem. Dobroć i ludzkie traktowanie, jakie stały się udziałem grzesznika dzięki duchownemu, na zawsze odmieniły życie byłego złodzieja. Drugim jest motyw pościgu policjanta za przestępcą — konkretnie zaś nie tyle nawet samego pościgu, ile relacji, czy wręcz specyficznej więzi, która zachodzi między stróżem prawa, typowym „psem gończym”, inspektorem Javertem, a byłym galernikiem, Janem Valjean’em. Tym drugim motywem kino karmi się prawie od początku swego istnienia; przeważnie spotykamy go zresztą w przeciętnych, a nierzadko głupawych filmach sensacyjnych. Zdarzają się jednak i prawdziwe perełki.
Równie wielki ładunek ideologiczny, jaki charakteryzuje protagonistów z „Nędzników” odnaleźć można na przykład w futurystycznym „Łowcy androidów” Ridley’a Scotta (kontekst jego literackiego pierwowzoru, mianowicie opowiadania „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach" Philipa K. Dicka, celowo pominiemy). Z powodu przedstawionej w nim wizji przyszłości film ten w szczególny sposób pokazuje, jak relacja między stróżem prawa a „przestępcą” zatacza — umownie licząc od powieści francuskiego pisarza — specyficzne koło.
Równie wielki ładunek ideologiczny, jaki charakteryzuje protagonistów z „Nędzników” odnaleźć można na przykład w futurystycznym „Łowcy androidów” Ridley’a Scotta (kontekst jego literackiego pierwowzoru, mianowicie opowiadania „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach" Philipa K. Dicka, celowo pominiemy). Z powodu przedstawionej w nim wizji przyszłości film ten w szczególny sposób pokazuje, jak relacja między stróżem prawa a „przestępcą” zatacza — umownie licząc od powieści francuskiego pisarza — specyficzne koło.
W „Łowcy androidów” pościg także nie wynika tylko i wyłącznie z samego popełnionego przestępstwa — abstrahując już od faktu, czy rzeczywistego, czy nie — lecz ma o wiele głębsze, właśnie ideologiczne — jak u Hugo — podłoże. Rick Deckard (Harrison Ford) tropi Roy’a Batty’ego (Rutger Hauer) w znacznym stopniu dlatego, że ten drugi jest zbuntowanym androidem. Sytuacja jest jeszcze bardziej patowa, jak w „Nędznikach”: tam Javert, który reprezentował sprawiedliwość ludzką, ścigał Valjean’a, po wyjściu z galer uosabiającego z kolei sprawiedliwość boską. Pełne porozumienie między nimi stawało się niemożliwe, ponieważ prawo ludzkie było — i jest — niedoskonałe i jako takie kłóci się z prawem boskim. Płaszczyznę częściowego zrozumienia stanowiło jednakże człowieczeństwo, którego Javert (choć działał jak maszyna), nie był przecież całkowicie pozbawiony. W tym miejscu następuje rzecz znamienna: w „Łowcy androidów” człowieczeństwo nie ma szans zrodzić żadnych owoców, jest bowiem tym, co dzieli. Do człowieczeństwa prawo mają jedynie ludzie, lecz nie androidy. Android — zupełnie jak w XVIII wieku galernik — na drabinie społecznej sytuuje się najniżej, niżej jak „ostatni z ludzi”.
Tragizm i jednocześnie wielka przewrotność obrazu Scotta polegają na tym, że kartą przetargową są w nim uczucia. Roy ginie, bo teoretycznie nie ma do nich prawa, Deckard przeżywa i wypełnia wytyczne ludzi, tym samym działając przecież przeciwko człowieczeństwu, bo tak naprawdę postępując niczym pozbawiona uczuć maszyna. Świat przedstawiony w filmie jest równie okrutny, jak ten w „Nędznikach”, o ile jednak u Hugo okrucieństwo w dużej mierze wynikało z braku empatii — którą przecież można było w sobie odnaleźć — o tyle w „Łowcy androidów” uczucia są tym, co gubi. Dziś, w czasach, kiedy „człowieczeństwo” jest na ustach praktycznie wszystkich i przywoływane jest w każdej sprawie, przesłanie dzieła Scotta nabiera wyjątkowo niepokojącego znaczenia. Ale jednocześnie pokazuje, że świetna dziewiętnastowieczna powieść zawsze pozwala na nowo się odczytać, zaś świetny film science fiction — zawsze skłania do refleksji i daje się ustawić w różnych kontekstach.