
Dzisiaj obiecana recenzja Tomka Rabsztyna. Na tapetę wziął mistrza szwedzkiego kryminału, Henninga Mankella. Warto przeczytać, tym bardziej, że 29 lutego odbyła się premiera kolejnego audiobooka tego autora pt. "Piramida". Jutro będzie coś a propos Dnia Kobiet!
REKLAMA
Tomasz Rabsztyn, Tango z faszystami
„Powrót nauczyciela tańca” od samej premiery stał się głośną książką — i choć ten kryminał nie należy akurat do najpopularniejszego cyklu pisarza z Kurtem Wallanderem w roli głównej, w większości recenzji jest do niego porównywany, zresztą w jak najlepszym kontekście.
Dzieje się tak nie bez przyczyny: wszystkie te elementy, które zadecydowały o sukcesie takich pozycji jak „Psy z Rygi” czy „Biała lwica” — intrygującą zagadkę, doskonale oddane realia pracy szwedzkiej policji czy wnikliwą analizę różnorakich problemów społecznych — fani odnajdą także w najnowszej pozycji Henninga Mankella. Tym, co pozostaje tutaj największą różnicą, jest więc sam bohater, policjant Stefan Lindman.
Na pierwszy rzut oka Lindman to człowiek zupełnie przeciętny; nie zalicza się nawet do stróżów prawa z powołania; wcześniej na przykład obsługiwał wyścigi motocrossowe. Co wyjątkowe we współczesnych kryminałach, nie ma też żadnych kłopotów ani z żoną, ani z dziećmi: w wieku 37 lat nie założył jeszcze bowiem rodziny. W pracy także nie boryka się ani z jakimiś większymi problemami, ani też, związanymi z nią, szczególnie traumatycznymi wspomnieniami. Owszem, ścigał morderców, a raz nawet omal nie został uduszony przez szaleńca, oba te zdarzenia bledną jednak przy kwestii, która dręczy go w chwili, kiedy Stefana poznajemy: mianowicie przy guzku na jego języku.
Dla Lindmana ważna jest przede wszystkim choroba i ani związek ze starszą od niego Polką o imieniu Helena, ani jakiekolwiek sprawy służbowe, z myślami o raku i mającym się niebawem rozpocząć leczeniu nie mają szans. Paradoksalnie jednak to właśnie paraliżujący strach przez śmiercią sprawi, że będący na zwolnieniu Stefan zainteresuje się brutalnym morderstwem swojego dawnego kolegi z pracy, Herberta Molina, o którym to morderstwie notabene przeczyta w szpitalnej poczekalni. Chcąc zapomnieć o guzku, postanawia pojechać na miejsce zbrodni i prywatnie zbadać sprawę.
Kiedy już tam przybędzie, rzecz jasna szybko prowincji nie opuści. Jego pomoc w śledztwie okaże się o tyle zbawienna, że Lindman stanie się w swoich metodach dość brawurowy — na szczęście nie „w stylu Hollywoodu”, ale zawsze: mężczyzna potrafi mocno ryzykować, na przykład włamując się do domów potencjalnych podejrzanych, lub po prostu świadków. Dzieje się tak dlatego, że w zasadzie nie ma nic do stracenia, i dzięki temu nie obawia się rzeczy, której zdają się obawiać wszyscy inni policjanci z tamtych stron, albo też ze Szwecji w ogóle — naruszenia zasad procedury.
Kiedy już tam przybędzie, rzecz jasna szybko prowincji nie opuści. Jego pomoc w śledztwie okaże się o tyle zbawienna, że Lindman stanie się w swoich metodach dość brawurowy — na szczęście nie „w stylu Hollywoodu”, ale zawsze: mężczyzna potrafi mocno ryzykować, na przykład włamując się do domów potencjalnych podejrzanych, lub po prostu świadków. Dzieje się tak dlatego, że w zasadzie nie ma nic do stracenia, i dzięki temu nie obawia się rzeczy, której zdają się obawiać wszyscy inni policjanci z tamtych stron, albo też ze Szwecji w ogóle — naruszenia zasad procedury.
Szybko się okaże, że źródła zbrodni należy szukać w zdarzeniach z przeszłości, konkretnie zaś w czasach szalejącego w Niemczech faszyzmu. Poniekąd zdradza to zresztą sam prolog, opisujący egzekucje dokonane na hitlerowskich zbrodniarzach wojennych, i zarazem wspominający tych, którzy zdołali uniknąć kary. Początkowo taki układ wydaje się sporym mankamentem powieści i niektórym miłośnikom twórczości autora „Niespokojnego człowieka” może przyjść do głowy, że Mankell tym razem spudłował. Zresztą sama intryga również nie wydaje się specjalnie oryginalna: brutalne morderstwo, będące szokiem dla całej okolicy, a także faszystowskie wątki w śledztwie, nasuwają na myśl chociażby „Mordercę bez twarzy” samego Mankella, zaś motyw wrogości miejscowej policji (poza jednym wyjątkiem) do przybyłego z miasta funkcjonariusza oraz tajemnicza organizacja zrzeszająca starszych, niebezpiecznych ludzi — budzą z kolei konotacje z „Czarną listą” Aleksandry Marininy.
Wkrótce okazuje się jednak, że „Powrót nauczyciela tańca” cechuje niezwykle oryginalna i interesująca konstrukcja, w pewnym uproszczeniu przypominająca samo tango, odgrywające w powieści niebagatelną przecież rolę. Szybko poznajemy obu „partnerów” tańca — policjanta i mordercę — a i motyw zbrodni, choć niezupełnie jasny, nie jest tu aż tak wielką tajemnicą. Nagle jednak dochodzi do analogicznych wydarzeń i wszystko tak się gmatwa, że nic nie jest już proste, a zdarzenia układają się w wyrafinowaną układankę, zaś na poziomie metajęzykowym: w logiczny i uzupełniający się ciąg fabularny. Podobnie zatem jak w tangu dzieje się z krokami, które zamieniają się w całe układy, tak w dziele Mankella dzieje się z „morderstwami” (bo że na pierwszym się nie skończy, akurat spokojnie można tu zdradzić ) — jedno wchodzi w drugie, tworząc przerażającą, lecz i fascynującą całość.
Czytający powieść Leszek Filipowicz w roli lektora sprawdza się znakomicie: świetnie oddaje emocje bohaterów, oscylujące tutaj od zupełnego spokoju czy obojętności, aż po irytację i gwałtowne wybuchy złości. W podobnie skrajny sposób zachowują się prawie wszyscy bohaterowie książki Mankella, którzy — choć zupełnie różni i nierzadko okrutni — przede wszystkim zawsze są bardzo ludzcy.