
Dziś, mniej więcej w południe, wybitny polski dramaturg i prozaik odbierze w Teatrze Śląskim tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Śląskiego. Z kolei o godzinie siedemnastej w katowickiej księgarni Matras Mrożek będzie podpisywał swoje książki. Zastanawia mnie, jak zareagowałby Mistrz, gdybym, tak jak inni wielbiciele jego twórczości ustawił się w ogonku, jak inni cierpliwie czekał na swoją kolej, jak inni poprosił o autograf, lecz prawdopodobnie nie jak inni, lecz jako jeden jedyny podsunąłbym do podpisu audiobook, w tym celu zabierając nawet ze sobą specjalny marker do podpisywania płyt CD:)
REKLAMA
Pytanie nie jest bezzasadne, gdyż rok temu nakładem Wydawnictwa Literackiego właśnie w postaci audiobooka ukazał się słynny „Dziennik. Wybór 1962-1989” Mrożka, w interpretacji Krzysztofa Gosztyły. Ten ostatni to zresztą nie pierwszy lepszy lektor, ale jeden z najbardziej utalentowanych artystów w swoim fachu, laureat Złotego Mikrofonu 2006 „za mistrzowską interpretację prozy i poezji w Teatrze Polskiego Radia”, miłośnikom książki mówionej znany też m.in. ze świetnego odczytania kryminałów Stiega Larssona (mała próbka).
Nie sądzę, by Sławomir Mrożek — trochę jak Artur z „Tanga” — zbuntował się przeciwko takiej „nowoczesności”, tym samym dążąc do „tradycyjnej” formy. Wydaje mi się raczej, że tak, jak pewnie docenia pracę, którą w interpretację Jego tekstu włożył Gosztyła, tak i zrozumiałby mój — chyba znów nie taki pusty czy prowokacyjny — gest. Parafrazując słowa Artura z „Tanga”, mogę stwierdzić, że w polemice o literaturze „mi już nie formy trzeba, ale idei”. Problemem literatury nie są przecież jej nowe formy, będące sprawą drugorzędną, ile jej istota, treść. Mówiąc wprost: problemem jest brak takich talentów, jakim przykładowo jest Sławomir Mrożek, a nie nośnik, na jakim taki talent zostanie uwieczniony.
Znowu zatem wykorzystałem klasyczny tekst w sporze dotyczącym audiobooków. Ale czy przede wszystkim nie same książki powinny zabierać głos w tej dyskusji?