Dostałam tajemniczy list z adnotacją na kopercie: „Zawiadomienie o rezerwacji”. Miałam wyrzucić, ale otworzyłam. W środku pismo z co najmniej dziesięcioma poważnymi pieczątkami: „Ważne dokumenty bez możliwości przeniesienia na inne osoby”, „Limitowana edycja ograniczona do zaledwie 9999 kompletów w skali światowej”, „Pilne”. O co chodzi? O to, że ktoś ma ochotę mnie naciągnąć.
REKLAMA
Na EURO 2012 próbują zarobić prawie wszyscy, to normalne. Oczywiście możemy się burzyć, że niektóre rzeczy są drogie, jednak jeśli sprzedawca kiełbasy podniesie jej cenę o 3 zł, nie zmienia to faktu, że zjemy (trochę droższą niż zwykle) ale kiełbasę. I nie można tu mówić o naciąganiu. Układ jest prosty. Jest kiełbasa, jest cena, my mamy ochotę zjeść kiełbasę, płacimy drożej, kupujemy, jemy. Jedyne ryzyko jakie ponosimy to ewentualność, że kiełbasa jest nieświeża.
Gorzej jeśli transakcja wygląda tak: jest produkt (przedstawiony jako coś bardzo wartościowego), jest cena (promocyjna), napalamy się, kupujemy taniej (oczywiście taniej tylko teoretycznie) i stajemy się właścicielem czegoś, co nie ma ŻADNEJ wartości. Lepiej byłoby za te pieniądze kupić już nawet tę nieświeżą kiełbasę i poczęstować głodnego psa.
Zacznę jednak od początku. Trzy tygodnie temu Narodowy Bank Polski wprowadził do obiegu monety wybite z okazji EURO 2012. Zainteresowanie było tak duże, że kolejki przed oddziałami NBP ustawiły się kilka dni wcześniej. Sprzedaż w okienkach bankowych rozpoczęła się o godz. 8:00 rano, a już kilkadziesiąt minut później monety pojawiły się na Allegro w cenach kilkakrotnie wyższych. Na przykład zestaw czterech srebrnych monet, który w NBP można było kupić za 600 zł, na internetowej aukcji niemal od razu „chodził” po 1300 zł.
Duże zainteresowanie Polaków tym tematem nie jest zaskakujące. W ostatnich latach było kilka monet, które pozwoliły kolekcjonerom cieszyć się z takich zysków o jakich inwestorom giełdowym nawet się nie śniło. Spektakularnym przykładem jest złota moneta „XIII konkurs pianistyczny im. Fryderyka Chopina” która w dniu emisji (1995 r.) kosztowała 780 zł, a dziś jest warta ok. 40.000 zł.
Nie dziwne więc, że monety przyciągają i kuszą. A skoro jest popyt, podaż nie próżnuje…
Nie dziwne więc, że monety przyciągają i kuszą. A skoro jest popyt, podaż nie próżnuje…
Na rynku pojawia się wiele medali, nazywanych szumnie monetami, wydawanych przez komercyjne firmy o nazwach przypominających instytucje państwowe. Powszechną praktyką jest wykorzystywanie słów: „mennica”, „skarbiec” czy „narodowy/a”. Tymczasem jedynym i wyłącznym emitentem prawdziwych monet jest Narodowy Bank Polski.
„Błyskotki” wydawane przez komercyjne firmy zazwyczaj bazują na monetach, które odniosły sukces i cieszą się zainteresowaniem. Dlatego też teraz, by wykorzystać zainteresowanie prawdziwymi monetami wybitymi przez NBP z okazji EURO2012, na rynku pojawiło się wiele „ekskluzywnych i narodowych medali kolekcjonerskich” przeznaczonych dla „wyróżnionych” osób. Nie mają one jednak żadnej wartości.
Proponuję zatem wszelkie informacje o „niepowtarzalnej okazji nabycia prawdziwego kolekcjonerskiego rarytasu” ignorować, a skupić się raczej na prawdziwych rarytasach. Kulinarnych. Skoro już dziś mowa o kiełbasie, to polecam białą, zapieczoną z żurawiną i chrzanem :-)
