„Sumienie – zauważył aktor, piosenkarz i reżyser Alberto Sordi – to cichy głos, który przestrzega cię, by nie zostawiać odcisków palców”. Ciężko byłoby zarzucić świętej pamięci Włochowi antykatolicyzm czy nawet antychrześcijańskość, gdy pamięta się religijnie wzniosły charakter uroczystości pogrzebowych w bazylice św. Jana w Lateranie, którymi pożegnano tego utalentowanego artystę.
REKLAMA
Z sumieniem jest problem: nie do końca jasne są intencje osoby powołującej się na nie. Obawiam się, że tak właśnie być może z sumieniem części naszych farmaceutów, którzy odwołując się do niego, chcą zaprzestać sprzedawania środków antykoncepcyjnych w swoich aptekach.
Więcej: nigdy nie wiadomo – parafrazując Stanisława Jerzego Leca – kiedy głos sumienia przejdzie mutację. Kategoria sumienia jest bowiem nie do końca jasna, subiektywna i, w gruncie rzeczy, skrajnie relatywna. Podobnie jak obraza uczuć religijnych. Przypomnijmy, choć zabrzmieć to może niczym truizm, że to, co obraża uczucia jednego człowieka wcale nie musi wzbudzać jakiejkolwiek reakcji w drugim człowieku. A to również w przypadkach, gdy ten Inny nie jest kimś zupełnie nam obcym. Argument ilościowy nic wartościowego zresztą do dyskusji nie wnosi. Wspólnie przecież walczyliśmy o to, żeby obalić tezę, wedle której ilość przemienia się w jakość…
Podejdźmy do argumentu klauzuli sumienia od innej strony. Przenieśmy go na zupełnie inny grunt. Z pewnością zdziwiłoby nas, gdyby na przykład odmówiono nam sprzedania wieprzowiny lub alkoholu uzasadniając ten fakt muzułmańskim lub adwentystycznym wyznaniem sprzedawcy. Farmaceuta nie jest jednak sprzedawcą takim, jak pozostali – dowiadujemy się. Przyjmijmy.
Problem jednak w tym, że środki antykoncepcyjne nie muszą służyć jedynie do „nienaturalnego” kontrolowania swojej rozrodczości lub zabezpieczenia się przed „naturalnymi” konsekwencjami „rozpustnego” życia seksualnego. Takie podejście trąci z lekka Lacanowskim fantazmatem… Bo pigułka może być przecież przepisana, jako lek hormonalny, a prezerwatywę używać może osoba z HIV/AIDS żyjąca w monogamicznym i pobłogosławionym/sakramentalnym związku, która nie chce zarazić swojego współmałżonka.
Nie wyobrażam sobie, swoją drogą, aby farmaceuta mógł się dopytywać o to, do czego sprzedawany przez niego środek jest potrzebny kupującemu. A to przynajmniej z dwóch powodów.
Po pierwsze, podstawą konstruktywnych relacji międzyludzkich - nawet w erze postkonstruktywistycznej - jest zaufanie, nie zaś podejrzliwość. Po drugie, z punktu widzenia etyki, w tym etyki teologicznej, lub jak kto woli teologii moralnej, odpowiedzialność za czyny spoczywa na jednostce. Nikt nie wpadłby na pomysł, by uczynić odpowiedzialnym za zbrodnię sprzedawcę broni, a nie osobę, która posiadała na nią zezwolenie i pociągnęła za spust. A nawet, gdyby sprzedawca miał jakieś wątpliwości, zaleciłbym mu przekwalifikowanie się w - powiedzmy - ogrodnika. Dbanie o ogród, sadzonki i kwiatki jest bowiem zajęciem, na pierwszy rzut oka, moralnie zupełnie neutralnym. Choć może nie dla buddysty. Ten wszak zebrałby zbyt wiele negatywnej karmy za stosowanie pestycydów.
I co tu począć?
Niestety odnoszę wrażenie, że w dyskusji o klauzuli sumienia nie chodzi w gruncie rzeczy o „wartości wyższe”, lecz o hegemonię władzy. A w tym wypadku argumentem nie jest ludzki rozsądek, czy nawet Boże objawienie. Pozostaje nim siła. Klauzula sumienia nic tu nie zmienia.
