Był to temat, a raczej teza, ostatniej debaty oksfordzkiej zorganizowanej przez Towarzystwo Absolwentów Oxford i Cambridge i radio RDC. Wczoraj w warszawskim „Tarabuku" próbowano do niej dopisać postscriptum.
REKLAMA
Nie jest moim celem relacjonowanie wczorajszego spotkania, w którym jednym z panelistów był redaktor naczelny „Miesięcznika Ewangelickiego” Tomasz Mincer. Bardziej interesuje mnie sama teza obrócona wczoraj w formę pytania: „Czy można śmiać się z religii?”. Jawi się ono jako aktualne nie tylko dlatego, że przy okazji różnych debat i dyskusji publicznych napotykamy na argument granic, których nie należałoby przekraczać czy to z przyzwoitości, czy z sympatii/empatii, lecz także dlatego, że nasze prawo umożliwia pozwanie kogoś za obrazę uczuć religijnych.
W pytaniu mamy dwa pojęcia, które domagają się zdefiniowania, a są nimi mechanizm śmiechu i fenomen religii. Rzecz jasna nie sposób dokonać tutaj wyczerpującej analizy. Możemy jedynie zarysować kilka prób odpowiedzi.
Odpowiedzenie na pytanie czym jest religia nie jest łatwą sprawą. Różni myśliciele definiowali religię na różne sposoby przyjmując przy tym różne metodologie. Możemy spróbować zdefiniować religię, jako system wierzeń i praktyk podzielanych przez pewną grupę ludzi w odniesieniu – pośrednim lub bezpośrednim – do sacrum.
Nie sposób jednak nie dostrzec charakteru totalnego religii, która często udziela ostatecznych odpowiedzi na ledwo co sformułowane pytania. Nie sposób nie zauważyć mechanizmów kontrolnych i dyscyplinujących, całej tej technologii władzy, która spycha sacrum na boczne tory i sprawia, że instytucja zaczyna istnieć dla samej siebie, dla swoich korzyści i splendoru lub jej zarządców.
W takim kontekście śmiech staje się pacyfistyczną bronią, strategią mającą na celu wywalczenie przestrzeni wolności i autentyczności poprzez dekonstrukcję mechanizmów władzy. Śmiech nabiera zatem wymiaru dysydenckiego.
Czerpiąc nieco z refleksji francuskiego noblisty Henriego Bergsona i jego pracy opublikowanej na początku ubiegłego tysiąclecia Śmiech[1] oraz adaptując je na nasze potrzeby, możemy zauważyć, że śmiech wypełnia pewną funkcję społeczną. Staje się sposobem wymierzenia kary. I tak wyśmiewanie pewnych zachowań religijnych lub zachowań hierarchów może pokazać, że nie ma na nie akceptacji społeczeństwa. Być może o to chodziło Jerzemu Urbanowi występującemu ostatnio w Polsacie w biskupiej purpurze w programie o skandalistach, który nie przetrwał próby skandalu...
Wreszcie, pokrótce przypomniałbym już raz poruszany tutaj przeze mnie temat, a mianowicie kwestię wymiaru religijnego obrazoburstwa. Czyli to, że śmiech może być próbą obrony i/lub oczyszczenia sacrum. Przypomnijmy więc cytat Mistrza Eckharta: „Jeżeli ktoś bluźni przeciw samemu Bogu, to Go chwali”.
Pozwoliłem sobie wówczas przywołać słowa ks. Vincent Schmida, który tłumaczy:
„Eckhart ma na myśli to, że bluźnierstwo nie musi obowiązkowo zhańbić autentycznej wiary. Wręcz przeciwnie, może pomóc nam we wzmocnieniu prawdziwego szacunku do sacrum i uczynieniu je bardziej duchowym. W tym wypadku bluźnierstwo ratuje z muzeum religijnego folkloru to, co powinno zostać uratowane. Łączy się z ateistycznym wymiarem chrześcijaństwa: „Boga nikt nigdy nie widział” (J 1,18). Pierwszych chrześcijan nazywano ateistami i z tego powodu ścigano ich, ponieważ szydzili sobie z kultu Cesarza Rzymu…”
Bluźnierstwo może zatem być „pozytywną formą ikonoklazmu”, „krytyczną zasadą wiary”, która pozwala odnieść się z nieufnością do samej siebie. A zatem zrelatywizować charakter totalny religii i instytucji kościelnych, tak aby zagospodarować wspólną przestrzeń dla wolności sumienia i słowa. Dla życia.
---
[1] H. Bergson, Śmiech. Esej o komizmie, tłum. S. Cichowicz, Warszawa 1995.
[1] H. Bergson, Śmiech. Esej o komizmie, tłum. S. Cichowicz, Warszawa 1995.
