Cieszę się, że w moim Kościele nikt mi nie mówi co mam myśleć, co mam robić, jakie ustawy popierać, kogo lubić, a kogo uznawać za degenerata. Wyposażono mnie natomiast w odpowiednie narzędzia, bym mógł podejmować autonomiczne decyzje. A przy tym zachować pełną świadomość tego, że jestem za nie odpowiedzialny nie tylko przed ludźmi, lecz również przed Bogiem.

REKLAMA
Na ile mi wiadomo socjologia prawa zaprzecza temu co na pierwszy rzut oka wydawałoby się logiczne, a mianowicie, że zwiększenie kary zapobiegnie popełnieniu przestępstwa. Kraje, w których jeszcze funkcjonuje np. kara śmierci nie mają ani niższego wskaźnika przestępczości, ani – o zgrozo! – nie są w nich rzadziej popełniane tzw. pomyłki sądowe.
Pomysł „karania za in vitro” wyrażony przez partię, która złapała się go jak tonący brzytwy, a przy okazji podpiera się autorytetem jednego z polskich Kościołów chrześcijańskich, jest – chciałoby się powiedzieć – poroniony. Zapłodnienie pozaustrojowe jest bowiem bez wątpienia najważniejszą i najskuteczniejszą metodą rozwiązania problemu niepłodności. I nie jest tak, jak by tego chciała „grupa trzymająca moralną władzę” w naszym państwie, jednoznaczna moralnie. I to również z punktu widzenia etyki chrześcijańskiej.
Nie zamierzam wypowiadać się na temat oceny aksjologicznej zapłodnienia pozaustrojowego. Nie wiele da się już do tej dyskusji wnieść. Mogę natomiast podpisać się pod zdaniem sformułowanym przez mojego kościelnego kolegę Andrzeja Nawrockiego, którego analizę zdecydowanie polecam.
Chciałbym jednak zauważyć, że z perspektywy globalnej w sprawie in vitro Kościoły wygłaszają różne opinie, nie wypowiadają się jednogłośnie. Za przerażające uznaję natomiast fakt, że w niektórych przypadkach – a tak jest z pewnością u nas – na ich opinię nie wpływa obiektywna znajomość biologii, genetyki połączona ze znajomością biblistyki czy też etyki, lecz obrona pewnego statusu quo. Kościoły mówią, to co potocznie uważane jest za prawdę. Niestety popularność danej opinii nie musi wpływać na jej „poprawność”. I tu, moim zdaniem, duchowni, teologowie, jak i politycy popełniają kardynalny i, na swój sposób, nieprzebaczalny błąd (grzech?)...
Może warto byłoby czasami pewne kwestie przemilczeć niż powiedzieć coś, co okaże się błędne i za co przyjdzie w przyszłości kolejny raz uderzyć się w pierś i przeprosić? O ile wewnętrzna duma i narodowy szowinizm na przeprosiny w ogóle pozwolą.