Nie sposób nie zgodzić się z Szymonem Hołownią, gdy pisze, że „[c]hrześcijaństwo świadomie przeżyte wyzwala ludzi [ze] spirali niepewności i niezaspokojenia, [...] buduje wspólnotę, a nie zadaniową grupę, która rytuałem ma ściągnąć szczęście, a odepchnąć nieszczęście”. Problem jednak tkwi w tym, że felietonista „Newsweek Polska” pisze te słowa mając na myśli wspólnotę, przepraszam, Kościół, który w swoim polskim wydaniu, i nie tylko, zdaje się przeczyć przytoczonym słowom.

REKLAMA
Redaktor Hołownia rozbawił mnie już swoim poprzednim felietonem, gdy tłumaczył, że słynna okładka „Newsweeka” nie znajduje w jego oczach aprobaty, a poruszony problem stanowi dla niego „Himalaje egzotyzmu”, ale z redakcji tygodnika odejść nie zamierza. No bo niby dlaczego od razu odchodzić? Przecież fakt, że się nie zgadza z polityką firmy nie musi od razu oznaczać, że trzeba tupnąć nóżka, odwrócić się na pięcie i trzasnąć drzwiami. Zresztą gdzie wówczas publikowałby? W „Gazecie Polskiej” czy „Naszym Dzienniku”? Tam prawdopodobnie jego przeszłość celebrytki z wrogiej stacji telewizyjnej okazałaby się dla kolegiów redakcyjnych równie himalajską przeszkodą nie do przeskoczenia. Do „Tygodnika Powszechnego”? Tam trzeba by – znowu – wykazać się czymś więcej niż tylko rozbuchanym ego i pustymi frazesami. Poza tym „Tygodnika” przecież prawie nikt nie czyta...
Natomiast w ostatnim swoim felietonie Hołownia wnosi się na wyżyny i przemawia do nas niczym Zaratustra, który zstąpił z świętej góry otrzymawszy na niej uprzednio, jeszcze świętsze, objawienie. Do tego grozi nam palcem i... tako rzecze Szymon Hołownia: „Jeszcze zatęsknicie za Kościołem”! („Którym? Jakim?” – już nawet nie chce mi się redundantnie zadawać tych samych starych pytań!) Następnie dziennikarz zaczyna uprawiać jałową apologetykę, rodem ze starożytności, tyle że z lekka zabarwioną postmoderną. Oddajmy jednak cesarzowi, co cesarskie: Panie Szymonie, masz Pan talent!
Przywoływany w felietonie „proboszcz o tuszy takiej, jakby spodziewał się wikarego” w żaden sposób mnie nie „wkurza”. I nie dlatego, że jeździ „drogim autem”, a ja komunikacją miejską. Uważam go po prostu w gruncie rzeczy za niemoralnego, a instytucję, dla której pracuje, i to z pewnością nie za wdowi grosz, za – w dużej mierze – skompromitowaną. Nie rozumiem w dodatku, jak ten, który „nurza się w rozkoszy” i oddaje się „transakcjom wszetecznym” – żeby przywołać słowa narodowego barda – miałby odgrywać jakąkolwiek rolę w moim zbawieniu lub „tworzyć zdrowe mechanizmy społeczne”?! Bo czy nie jest tak, że po ich owocach ich poznamy? „Czy zbiera się winogrona z ciernia albo z ostu figi?” (Mt 7,16).
Następnie redaktor Hołownia naśmiewa się z „duszno-strasznych staroci”, mając na myśli magiczne kulty pogańskie (czyżby nowy Frazer?), tak jakby nie zdawał sobie sprawy – lub po prostu nie chciał jej sobie zdać, że przetrwały one do dzisiaj na przykład pod płaszczykiem instytucji, którą tak zajadle stara się (o)bronić. Bełty, gnieciuchy i inne duchy, z którymi „należy dealować, aby coś dla nas załatwiły”, to wszystko jest nadal! Tylko pod inną postacią, pod innymi nazwami. Panteony niezliczonych „świętych”, w których każdy specjalizuje się w innej dziedzinie, szamańskie obrzędy towarzyszące wszystkim przeprowadzkom i otwarciom, koszyczki i kiczowate dewocjonalia – ta cała folk-religia, to praktyki, do których ogranicza się dość często „duchowość” wielu. A stojącej za tym wszystkim instytucji rzeczy te zdają się być na rękę. Przynajmniej „lud” nie zastanawia się nad in vitro lub związkami partnerskimi… Niestety – zaczął.
Szczerze przyznaję, że nie widzę różnicy między fartem lub pechem, grą w loteriach i chodzeniem do wróżek, a Maryjką Piekarska, która rzekomo sprawiła, że wyrósł nam piękny chleb (czy aby ona na pewno od tego…), lub Medardem, któremu podobno zawdzięczamy, że zęby przestały nas boleć. Główna różnica polega chyba na tym, że tych pierwszych praktyk nie firmuje korporacja redaktora Hołowni...
Zastanawiam się czy na miejscu rzymskich apologetów zamiast uderzać w tych, którzy wskazują na nadużycia i demaskują fałsz, bigoterię, zabobon itp., nie lepiej byłoby otworzyć Pismo i wreszcie chwile się zastanowić. Może czas nadszedł, aby posprzątać na swoim podwórku zamiast zamiatać pod (cudzy) dywan?
Na koniec, widzi Pan, Panie Redaktorze, gdy szukam schronienia, wolę kontakt z – żywym – Słowem, niż krycie się za zimnymi murami z zębami z krat. Ono uwalnia mnie, choć na chwile, od egzystencjalnego lęku; nie potrafią niestety tego uczynić „terroryści” lub „szantażyści” – jak Pan woli – w piuskach.