Logika wywodów, którą zaprezentowała Barbara Stanisławczyk w programie Tomasza Lisa brzmi jak żałosna tautologia. Proponuję p. Stanisławczyk, by zapoznała sie z podstawowymi i klasycznymi pozycjami feministycznymi. Przestanie może wówczas opowiadać banialuki.
REKLAMA
Dowiadujemy się od polskiej pisarki, że „ideologia feministek nie ma nic wspólnego z polityką prorodzinną”. Ciężko polemizować z tak nierzeczowym argumentem. Nie wiem jednak, co ma na myśli Stanisławczyk, gdy mówi o "polityce prorodzinnej". Jeżeli utwierdzanie i wspieranie modelu, wedle którego tatuś jest jedynym uprawnionym do spełniania się zawodowo, a jego uczestnictwo w wychowaniu dziecka ogranicza się do wykładania kasy, podczas gdy mamusia zmuszana jest do społecznego i zawodowego autyzmu niczym Shirley Valentine, to owszem – feminizm nic z tym wspólnego nie ma.
Barbara Stanisławczyk jest równie odkrywcza, gdy tłumaczy, że feminizm jest ideologią „lewicowo-liberalno-libertyńska”. Określenie „libertyński” wskazuje, że jest to po części wypowiedź emocjonalna i tę jej częścią nie ma co się zajmować. Skupmy się raczej na pierwszych dwóch epitetach. Ciężko, żeby feminizm był prawicowy i konserwatywny! Wówczas feminizmem już by nie był. Podobnie jak z ruchem wyzwolenia czarnej ludności – nie był on Ku Klux Klanem. Jakimś cudem nie wyobrażam sobie, żeby ruch ten miał polegać na cieszeniu się ze swojej kondycji – niewolnictwa. Nie dziwię się więc kobietom (Stanisławska być może określiłaby je, jako zideologizowane feministki), które nie chcą same pracować w domu w pocie czoła, jak przy uprawie bawełny.
Tak, nie rozumiem autorki Ostatniego Krzyku. Przecież, to dzięki „libertyńskości” niektórych kobiet i ich feminizmowi, wiele innych rzuciło miotły i chwyciło za pióra?
I wreszcie, czy to nie jest tak, że argument wypowiedziany przez Stanisławczyk, a mianowicie, że „kobiety powinny definiować swoją kobiecość, jak chcą, nie za pomocą podawanej wykładni”, to nie jest właśnie podstawa tej ohydnej ideologii feministycznej denuncjowanej przez polską pisarkę?
