Już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa Ojcowie Kościoła nie byli zgodni co do tego, kiedy właściwie mamy do czynienia w kobiecym łonie z człowiekiem. Bo czym właściwie jest „życie poczęte” lub „dziecko nienarodzone”?

REKLAMA
Trzeba było poczekać do dziewiętnastego wieku, żeby Kościół Rzymskokatolicki przez usta już wówczas nieomylnego biskupa Rzymu orzekł, że „każda aborcja” jest morderstwem (Acta Apostolicae Sedis, 1869). Wcześniej nie było to takie proste i jasne. Zarówno Augustyn z Hippony, jak i Tomasz z Akwinu uważali, że płód staje się człowiekiem dopiero na pewnym etapie rozwoju embriona – kiedy dusza tchnięta zostaje w ciało. Ten ostatni twierdził wręcz, że do uczłowieczenia dochodzi dopiero w czterdziestym dniu w przypadku płodu męskiego, a osiemdziesiątym w przypadku żeńskiego. Święty Jan (zm. 432), biskup Neapolu, nauczał natomiast, że aborcja terapeutyczna jest dopuszczalna tak długo, jak embrion jest „bezduszny”. W szesnastym wieku teolog i znany kanonista Martin de Azpilcueta pisał: „Jeżeli lekarz może przypuszczać, że płód nie posiada duszy, nie staje się przyczyną śmierci innego człowieka". Dziwi mnie zatem amnezja, lub ignorancja, dzisiejszego kleru, który prawdopodobnie nie potrafi odpowiedzieć na pytanie czy nasienie niesie ze sobą ostatecznie grzech pierworodny czy duszę? Zresztą, mając tę hipotetyczną ignorancję na uwadze, nie na miejscu byłoby prosić o wprowadzenie w arkana posiadanej przez nich wiedzy tajemnej. Moglibyśmy zostać oskarżeni o brak szacunku lub obrazę uczuć religijnych.
Jeszcze kapina sarkazmu.
Gdy jechałem ostatnio autobusem ustąpiłem ciężarnej kobiecie miejsca. Zachowanie jak dla mnie zwyczajne, choć na swój sposób dżentelmeńskie – odnoszę bowiem wrażenie, że zbyt często ostatnimi czasy zapominamy o tak prostych odruchach. W każdym razie zastanowiłem się wówczas nad takim oto sylogizmem: skoro „życie poczęte” jest święte, a płód jest „dzieckiem nienarodzonym”, to jeżeli chcę zachowywać się nadal jak dżentelmen w tym pofeministycznym świecie, to chciałem prosić plebanów większościowego Kościoła w Polsce, którzy lubują się w sporządzaniu list pożądanych zachowań, o wskazanie mi, w którym momencie ciąży należałoby kobiecie ustąpić miejsca? Czy od razu po... No właśnie! Gdzieś zaczynamy najprawdopodobniej naruszać granice przyzwoitości i prywatności.
A teraz trochę poważniej.
Aktualny stan prawny nie jest dla mnie w żadnym stopniu „kompromisem”, a próbą zradykalizowania go będą jedynie kolejnym narzuconym dyktatem przez jedną grupę ludzi, która uważa, że wyznawane przez nią wartości są nadrzędne. Tymczasem w Polsce żyją ludzie przynależący do różnych kościołów i związków wyznaniowych, jak i tacy, którzy nie przynależą do żadnego z nich. Uważam zatem, że jedynie liberalne prawo może zagwarantować obywatelom pełną wolność sumienia i wyznania. Nikt przecież katoliczki nie zmusi do usunięcia ciąży, jeżeli zamierza żyć zgodnie z wyznawanymi przez siebie poglądami. Dlaczego natomiast hierarchowie kościelni zmusić chcą innych do przymusowego heroizmu – który w gruncie rzeczy heroizmem nie jest, bo nie wypływa z wolnego wyboru – pozostaje dla mnie jednym z tych niezrozumiałych misteriów rzymsko-katolicyzmu. Czyżby watykańscy biskupi powątpiewali, że ich nauczanie traktowane jest przez samych swoich na serio i potrzebują ustaw, by je wyegzekwować na swoich wiernych?
Na zakończenie, chciałbym przybliżyć kilka tez z dokumentu, który w latach 90. wydał Synod Kościoła Ewangelicko-Reformowany w RP w sprawie ustawy o ochronie tzw. życia poczętego. Podkreślił on, że „odpowiedzialnie planując rozwój swej rodziny [małżonkowie] mają prawo do posługiwania się środkami zapobiegającymi zapłodnieniu, aby wymuszona wstrzemięźliwość nie prowadziła do rozkładu małżeństwa”. Więcej, zauważono również, że „nie można (…) pomijać ani pomniejszać odpowiedzialności mężczyzny za skutki współżycia i cały ciężar zrzucać na kobietę”. Dlatego polscy reformowani dali wyraz swojemu przekonaniu „o wyższości norm moralnych nad prawnymi” i oświadczyli, iż nie chcieliby „krzewić dobra środkami przymusu, lecz odwoływać się do woli człowieka”. A „wywieranie nacisków na ciała ustawodawcze w celu wprowadzenia surowych przepisów prawnych i karnego ścigania winnych nie należy do obowiązków Kościoła chrześcijańskiego”, lecz oznaczają „klęskę Kościoła jako siły moralnej”.
W swoim stanowisku z ubiegłego wieku Kościół pokazał, że o antykoncepcji, przerywaniu ciąży i planowaniu rodziny można myśleć i mówić inaczej, z szacunkiem i poszanowaniem godności jednostki i traktując poważnie, nie zaś utylitarnie, Dobrą Nowinę. „Jest to zadanie niewspółmiernie trudniejsze od stanowienia praw, a potem ścigania winnych”.