Nigdy nie myślałem w przeszłości, że przyjdzie mi kiedykolwiek zgodzić się z Romanem Giertychem. Jego krytycyzm i sceptycyzm odnośnie do powstającego Ruchu Narodowego przyjmuję ze zrozumieniem i poklaskiem, czyli odwrotnie niż cenzurę ministerialną z czasów, gdy przewodził MEN.

REKLAMA
Gombrowicz wielkim pisarzem był i z niesłychanym kunsztem opisywał przywary naszego Polactwa. Lektura Gombrowicza z pewnością nie zaszkodziłaby "patriotom", którzy w niedzielę rozpętali zadymy w centrum stolicy. Być może zapomniał o tym Giertych, który twierdzi, że niedzielni zadymiarze chodzili w pieluchach, gdy przestał być prezesem Młodzieży Wszechpolskiej. Może i wówczas chodzili, ale gdy pełnił funkcję ministra Edukacji Narodowej dzięki swojemu banowi na Gombrowicza odebrał im możliwość zrozumienia na czym polega robienie z siebie karykatury Polaka.
Zresztą bardziej od ronda Dmowskiego przydałoby się w Warszawie rondo Gombrowicza. Nie tylko dlatego, że zasługi endecji w tzw. sprawie niepodległościowej należałoby poddać głębszej krytyce historycznej. Gobromwicz jest na swój sposób symbolem introspekcji, umysłu otwartego i samokrytyki, nie zaś zapatrzenia w siebie, przerostu formy nad treścią i narodowej megalomanii. Passons! Chciałbym tutaj nie tyle rozczulać się nad zamieszkami z Marszu Niepodległości i znaczeniem symboli, co podnieść larum, bo dzieje się źle. Nie tylko w naszym kraju.
Widmo neonazizmu od pewnego już czasu krąży po Europie. I bardzo mnie to niepokoi. Wartości, do których przywiązują wagę „smutni chłopcy” powinny już być dla nas obce. Wszelkie bowiem ideologie, które głoszą wyższość jednego narodu, klasy, religii (czy czegokolwiek) nad innymi są w gruncie rzeczy niebezpieczne. To nie przypadek, że niosą za sobą przemoc, uprzedmiotowienie jednostki i jej unicestwienie. Czy nie powinno nam się to wydawać oczywiste po wszystkich dwudziestowiecznych tragediach?
Czasy kryzysu mają w sobie coś zastraszającego i to nie tylko dlatego, że ulega degradacji poziom ekonomiczny naszego życia. Lecz również dlatego, że właśnie w czasie kryzysu ujawniają się różne ekstremizmy, które poddają symplifikacji interpretację otaczającego nas świata. W czasach kryzysu poszukujemy winnego. Potrzebny jest nam wróg, którego zniszczenie przywróci nam bliżej nieokreśloną szczęśliwość. Problem w tym, że ten wróg jest wyimaginowany. Nie jest nim ani Żyd, ani Niemiec, ani Rusek, ani mason, ani pedał, ani lewak. Nie jest nim „republika okrągłego stołu”. Najczęściej tym największym wrogiem jesteśmy my – sami dla siebie.
Nie wydaje mi się, żeby potrzebna nam dzisiaj była wielka Polska, ani „nowoczesny patriotyzm”. Bardziej od nich przydałoby się, abyśmy potrafili popatrzeć się na Innego, jako na takiego samego jak my, choć na pierwszy rzut oka wydawać się on nam może aż taki obcy. On również boryka się ze swoimi niedoskonałościami, swoją małością i bolączkami. Całopalną ofiarą nic nie zdziałamy. Biało-czerwona flaga też nie pomoże.
W zeszłym roku organizatorzy marszu zrzucili winę za czyny swoich zadymiarzy na Antifę. W tym roku – na policję. Do odpowiedzialności nie poczuwają się w żadnym stopniu. A kim będzie w przyszłym roku ich kozioł ofiarny?