Przyznaję się bez bicia do swojego liberalizmu i dlatego nie widzę nic złego – w przeciwieństwie do niektórych środowisk lewicowych – w daniu uczniom możliwości zdawania matury z przedmiotu fakultatywnego, jakim jest „religia”.
REKLAMA
Fakt, że pod nazwą "religia" w większości polskich szkół nauczana jest katecheza rzymskokatolicka, to co innego. Edukacja religijna nie musi jednak wcale być prowadzona wyznaniowo, może równie dobrze być opisowa (religioznawstwo) lub ponadkonfesyjna (zbliżona do etyki). Nie do końca zgadzam się z Tomkiem Mincerem, który dla Instytutu Obywatelskiego pisze, że polskiej szkole, a dokładniej młodemu Polakowi, przydałaby się wiedza o innych kulturach i religiach. Ona nie tyle przydałaby mu się, co jest mu po prostu niezbędna do życia w zglobalizowanym świecie. Wówczas może między innymi my, ewangelicy, nie musielibyśmy tłumaczyć na każdym rogu ulicy, że religia jest jedna – chrześcijaństwo, tyle że dzieli się ona na różne wyznania – prawosławie, ewangelicyzm etc. Może wówczas żaden „wykształciuch” nie stwierdziłby również, że postać z rogami na obrazie Rembrandta, która trzyma w dłoniach kamienne tablice, to diabeł...
Ponadto, gdyby nauczanie religijne było w naszej szkole odpowiednio prowadzone, nie zastawialibyśmy się nad tym, jak ocenić wiedzę religijną. I nie ironizowalibyśmy sobie, jak ten anonimowy bloger z serwisu TokFM, który chciał zabłysnąć spostrzegawczością proponując kilka pytań na maturę z religii, a nie zauważył, że w gruncie rzeczy nie tylko się ośmiesza, ale i absorbuje Czytelnika swoją ignorancją...
Nie bowiem stan wiary maturzysty podlegałby ocenie, lecz stan jego wiedzy. A więc na maturze nie znalazłyby się pytania o istnienie Boga czy o dziewictwo Marii, lecz raczej o to, na przykład, jakie argumenty na istnienie Boga przywoływał Tomasz z Akwinu lub jakie, kiedy i o jakiej treści dogmaty maryjne ogłosił Kościół rzymskokatolicki. Podobnie jak nikt nie prosi maturzysty o udowadnianie poszczególnych prawideł fizyki, które zostały mu wyłożone na odpowiednich zajęciach, choć niejednokrotnie mogłoby się okazać, że są one – chociażby – z perspektywy fizyki kwantowej, już dawno nieaktualne.
Antyklerykalizm powinien być bowiem odpowiedzią na klerykalizm, nie zaś nieprzemyślaną, bezrefleksyjną i wojowniczą postawą. Sam w sobie, a więc jako ideologia, podobnie zresztą jak klerykalizm, zawęża horyzonty i zniewala.
