Teraz gdy tak zapalczywie debatujemy o obrazie uczuć religijnych, obrazoburstwie, bluźnierstwie, świętokradztwie, ateizmie, etc. – nie tylko w kontekście chrześcijaństwa, ale i islamu – chciałem podzielić się krótką refleksją ks. Vincentego Schmida, pastora Kościoła Reformowanego Francji.

REKLAMA
KRÓTKA POCHWAŁA BLUŹNIERSTWA[1]
U Mistrza Eckharta (1260-1328) znaleźć możemy zaskakującą sentencję: „Jeżeli ktoś bluźni przeciw samemu Bogu, to Go chwali”[2].
Z jakiego Boga się śmiejesz? W jakiego Boga nie wierzysz? Może w tego samego fantazmatycznego Boga, w którego i ja – wierzący – nie wierzę i z którego się śmieję?
Na szczęście dziewięćdziesiąt procent tego, co ludzie nazywają Bogiem, nie istnieje...
Eckhart ma na myśli to, że bluźnierstwo nie musi obowiązkowo zhańbić autentycznej wiary. Wręcz przeciwnie, może pomóc nam we wzmocnieniu prawdziwego szacunku do sacrum i uczynieniu je bardziej duchowym. W tym wypadku bluźnierstwo ratuje z muzeum religijnego folkloru to, co powinno zostać uratowane. Łączy się z ateistycznym wymiarem chrześcijaństwa: „Boga nikt nigdy nie widział” (J 1,18)[3]. Pierwszych chrześcijan nazywano ateistami i z tego powodu ścigano ich, ponieważ szydzili sobie z kultu Cesarza Rzymu...
Bluźnierstwo rani nas wtedy, gdy odnosi się do naszych karykaturalnych wyobrażeń Boga, czyli zawartych w naszym umyśle obrazów, które sobie na Jego podobieństwo czynimy. Te mentalne obrazy są w każdym przypadku bez wątpienia fałszywe, gdyż Bóg obrazem nie jest. Ponadto zauważmy, że w biblijnej hebrajszczyźnie Boże imię składa się z czterech spółgłosek i ani jednej samogłoski. Bóg jest zatem nie tylko nieprzedstawialny, jest również niewypowiedzialny. Jest z czego się śmiać, doprawdy...
Wiara może i musi ukazywać pewną dożę słusznej arogancji wobec sacrum.
Prorocy nie bali się uznawania ich za bluźnierców, gdy potępiali sztywne przestrzeganie lub nieprzestrzeganie Prawa – nieprzestrzeganie Prawa może bowiem polegać na Jego powierzchownym przestrzeganiu tak, aby przeoczyć to, co stanowi jego faktyczną treść.
Jezus nazywany był bluźniercą, gdy krytycznie odnosił się do kapłanów Świątyni Jerozolimskiej – co zresztą prawdopodobnie kosztowało go życie – obóz rzymski natomiast zarzucał mu świętokradztwo, którego mógłby ewentualnie się dopuścić w odniesieniu do kultu Cesarza.
Wiara charakteryzuje się pewnym oderwaniem, dystansem do ludzkich uczuć religijnych. Wówczas pojawia się miejsce dla bluźnierstwa, pod nieodzownym – według mnie – warunkiem, że zawiera ono pewną dawkę humoru i autoironii. Tu odnajdujemy śmiech, którego tak bardzo bali się mnisi w powieści Imię róży Umberta Eco. Śmiech narusza sacrum, ponieważ demistyfikuje je i znosi jego piedestał. W tych przypadkach bluźnierstwo staje się pozytywną formą ikonoklazmu, krytyczną zasadą wiary, która potrafi odnieść się nieufnie do samej siebie.
Śmiech jest na swój sposób rozsądny. Jest małą pomocą pochodzącą od Pana Boga. Poczucie humoru może być formą miłości, czyż nie?
Co się tyczy diabła, to czy nie jest on w sumie arogancją ludzkiego umysłu, wiarą nieuśmiechającą się, stadną prawdą nigdy nie naruszoną przez wątpliwości? A czy fanatyk nie jest w gruncie rzeczy kimś, komu kompletnie brakuje poczucia humoru?
---
[1] Tekst w oryginale: Vicent Schmid, Petit éloge du blasphème, „Évangile & Liberté” 2011, nr 249.
[2]W oryginale: Deum ipsum quis blasphemando, Deum laudat. Za: Adam Boniecki (ks.), Usiąść na brzegu wanny, „Tygodnik Powszechny” 2011, nr 7 (3214).
[3] Tłumaczenie za: Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Towarzystwo Biblijne w Polsce, Warszawa 2006.