Nagonka w Natemat na teologa Tadeusza Bartosia jest doprawdy zaskakująca. Tym bardziej, że naskoczyli na niego księża, i to podobno jedni ze światlejszych w kraju. Czemu to jednak dziwić powinno?

REKLAMA
Dziwi, ponieważ fakt, że w życiu Jezusa takim, jakim jest ono opisane na kartach Ewangelii znajdujemy wiele elementów mitycznych, wiele symboli i znaków, a nie „prawd historycznych” nie jest jakimś novum teologicznym. Nie rozumiem zresztą dlaczego miało by to oburzać. Bo czy symbol i rytuał nie jest nośnikiem pewnego znaczenia, którego w sposób dosłowny i namacalny wyrazić się nie da, albowiem materialna rzeczywistość i jej opis są płaskie, gnuśne i w gruncie rzeczy bez sensu? „Ciało jest smutne biada!”, smucił się francuski poeta Stéphane Mallarmé. Mit, symbol, rytuał wypełniają te puste formy jakimi są materia i fakty nadając im sens. „Naukowiec potrafi odkryć w świecie fizycznym wspaniałe nowe zjawiska, może spowodować, że maszyny lepiej działają, lecz nie umie objaśnić sensu życia – z takimi problemami radzą sobie tylko mity i rytuały”, podkreśla teolożka i religioznawczyni Karen Armstrong. Czemuż zatem odmawiać opisowi życia Jezusa zawartego w Ewangeliach mitycznej głębi?
Dalej, Ks. Mądel w swojej odpowiedzi prof. Bartosiowi [a] [b] uderza w Rudolfa Bultmanna i jego bliższych i dalszych spadkobierców, bo – ujmując to trochę karykaturalnie, ale tak to odebrać można – oni i Bultmann są po prostu „beeee” w niektórych kręgach teologicznych (lub kręgach władzy), podobnie jak Freud jest po prostu „beeee” dla niektórych szkół psychologicznych.
Co więcej, wylewa on wiadro intelektualnych pomyj na krytykę historyczno-biblijną (czy pominięcie pierwszej części nazwy tej metody interpretacji biblijnej jest celowe?) bliżej nie wiadomo z jakich powodów, dość niejasnych i pogmatwanych, czepiając się w sumie tego, że u swojej genezy była ona metodą młodą i jeszcze nie sprawdzoną. W żaden sposób do dalszego jej rozwoju jezuita nie odnosi się, jak i nie odnosi się do tzw. poszukiwań historycznego Jezusa (ang. quest for the historical Jesus) i prac Marcusa Borga, Roberta Funka, Nicholasa Wrighta i wielu, wielu innych badaczy „historycznego Jezusa”. Aby nie oskarżono mnie o sprzyjanie jedynie „herezji luterskiej, zwingliańskiej lub kalwińskiej” przywołam tu jeszcze Johna Dominica Crossana, wybitnego katolickiego badacza, którego praca Historyczny Jezus: Kim był i czego nauczał? opublikowana została w Polsce w 1997 r.
Ks. Mądel zarzuca Bartosiowi, że ten powołuje się na Eda Sandersa, który jest jedynie biblistą i literaturoznawcą, czytamy, nie zaś archeologiem czy historykiem. Sam odsyła nas tymczasem do Waltera Onga i Maurice’a Blanchota , którzy również archeologami i historykami nie są. Argumentacja brzmi doprawdy ciekawie: „Ty nie podajesz odpowiednich źródeł archeologicznych, to ja ich również nie podam, choć udawać będę, że podaję”. Tu jezuita napotyka na kolejny problem, bowiem zmianek o Jezusie poza tekstami Jego adeptów nie znajdujemy za wiele (Tacyt, Flawiusz), a jeżeli już, to i tak nie mówią one nam dużo o życiu i historycznych faktach związanych z życiem Żydowskiego Mistrza. Ani przytoczony przez ks. Mądela Justyn, ani Orygenes świadkami niczego nie byli. Warto może się zatem przyznać: zabytków archeologicznych brak, ani żłobek, ani stajenka się nie zachowały, zwierzątek podobno też nie było... Możemy jeszcze spróbować powołać się na tradycję rabiniczną (fragmenty Talmudu Babilońskiego lub Tosefty), ale nie sądzę, aby te źródła zadowoliły naszego jezuitę. To przecież jedynie literatura i to niekoniecznie przychylna temu odłamowi...
Braki, o których powyżej wspomniałem nie powinny jednak zaskakiwać, wskazują bowiem tylko na to, że pozycja społeczna Jezusa w czasach, w których przyszło mu żyć, nie była wystarczająca, aby pisały o nim znaczące źródła historyczne, inne niż te z kręgu jego wyznawców. Dlatego zadowalamy się zazwyczaj Ewangeliami – i to kanonicznymi (niekanoniczne z wyjątkiem Tomasza, to bardzo często kompletne science fiction!) – jako jedynymi źródłami mówiącymi o wydarzeniach z życia Jezusa. A te poddajemy analizie historyczno-krytycznej, żeby je zweryfikować.
Zanim historia Jehoszuy z Nazaretu stała się „chrześcijańska” a on stał się Jezusem opowieść o Nim krążyła w kręgach żydowskich i żyła swoim życiem w tradycji mówionej i prawdopodobnie nie ujętej w języku greckim, w którym spisano Nowy Testament. Nie przeceniałbym również pamięci „pierwszych chrześcijan” kimkolwiek oni byli. Niemniej umiejscowienie narodzin Jezusa w Betlejem przez dwóch z Ewangelistów wydaje się być zamierzonym działaniem, które miało mimo wszystko jakiś cel, miało ono na coś wskazywać, na pewne funkcje, które wypełnić miał nowy Mojżesz, nowy Dawid Betlejemita. Wypełnienie tych funkcji jest następnie konsekwentnie rozwijane w poszczególnych narracjach ewangelicznych. Ten moment w świętej historii chciano zakorzenić w innych wydarzeniach z świętej historii, bowiem właśnie był on najprawdopodobniej przeżyciem czegoś głębszego. Dlatego zapisano go m.in. w języku mitu, symbolu i rytuału. Nie da się niestety tych wątków tutaj rozwinąć, ale literatury na ten temat nie brakuje. Byle nie utrudniać do niej dostępu.
W każdym razie pętla się zapętla, parafrazując francuskie powiedzenie. I koniec końców próba zrobienia z prof. Bartosia fantasty, „maluczkiego” z Pułtuska, nie-teologa lub ignoranty egzegetycznego nie popłaca. Wskazuje ona jednak na jeden wniosek: czasami lepiej powiedzieć, że rzeczy nie są takie proste, jakbyśmy chcieli, a na niektóre pytania ciężko udzielić jednoznacznej odpowiedzi.
Teolog nie powinien być bowiem ślepym apologetą, lecz oczekiwać powinniśmy od niego tego samego, czego oczekujemy od pozostałych naukowców – dążenia do prawdy, nawet jeżeli jest ona bardziej złożona, nie podoba się, uwiera, lub jest zwyczajnie inna od tej, do której przywykliśmy. Wigilijny karp nie zwiędnie, kapusta nie skiśnie, zupa nie stęchnie. Wkroczymy za to w Nowy Rok bardziej świadomi.