Jednym z najbardziej żenujących tekstów, na jakie natknąłem się w ostatnim czasie, był fragment opisujący piosenkę Violet Hill grupy Coldplay jako „pierwszą próbę napisania przez Chrisa protest songu”.

REKLAMA
Kiedy zacząłem drążyć tę sprawę, okazało się, że jest to nie tylko jego pierwszy protest song, ale również piosenka antywojenna! Brawa dla Coldplay za pokazanie światu, że wojna jest zła, a pokój jest dobry. Ok. niech im będzie, przynajmniej próbowali protestować. Niestety, wiele zespołów popełnia grzech nic nie mówienia, przy czym prawią swoje banały, lub inaczej to ujmując mówią o kompletnie niczym, z tak absolutną szczerością, że sprawia to wrażenie, jakby w rzeczywistości jednak coś mówili – takie szczególne liryczne oszustwo.
Wróćmy do lat 70-tych, nadszedł punk i pokazał władzom przysłowiowy środkowy palec, wcześniej w latach 60-tych muzycy tacy jak Phil Ochs, Bob Dylan, Joni Mitchell sprzeciwili się politykom, używając broni słów wypowiadanych przeciwko wojnie w Wietnamie. Teraz widzę zespoły rockowe, które przy akompaniamencie przesterowanych gitar zmagają się z piosenkami o miłości, podobnie jak gwiazdki popu wesoło podśpiewują o sercowych rozterkach w rytm plastikowego bitu. Te same puste frazesy są forsowane przez bogów rocka i ikony pop-u, tylko tło muzyczne jest inne. A przecież nadal istnieją miliony pytań czekających na odpowiedź, tysiące spraw do wyśmiania, a czasem potępienia. Wygląda jednak na to, że niewielu muzyków ma odwagę się tym zająć.
Naszą nową płytą prawdopodobne popełniłem liryczne samobójstwo. Miałem czelność napisać teksty dotyczące prawdziwych problemów, poruszających mnie i mających wpływ na moje uczucia, zamiast wyprodukować album pełen trzyminutowych wtórnych kawałków o miłości, w których „baby” nieodmiennie rymuje się z „crazy”. Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo, że pisząc piosenki, które różnią się od przyjętego wzorca „baby, lady, crazy”, odizoluję się od ogromnej liczby ludzi, którzy słuchają wyłącznie kawałków oferujących rodzaj lirycznego prozacu. Wielu muzyków i wielu fanów muzyki uważa, że muzyka popularna powinna oferować słuchaczom przede wszystkim ucieczkę, dlatego piosenki muszą być o seksie, miłości albo narkotykach. Istnieje też mnóstwo popularnych stacji radiowych, które dostarczają swoim słuchaczom przede wszystkim puszysty różowy świat sercowych uniesień małolatów, miłości utraconych i odnalezionych. Jednak sądzę, że w erze informacji, kiedy klikając mamy teoretycznie nieograniczony dostęp do wszelkich wiadomości, istnieje realne zapotrzebowanie na twórców, którzy zaczną komentować otaczający ich świat i nie będą uciekać od wyrażania swoich poglądów. Artyści powinni przestać bać się upadku swojej kariery i zacząć kwestionować popularne opinie i obowiązujące status quo. Muszą uświadomić sobie także, że słowa, których używają mogą spowodować zmiany w umysłach i życiu słuchaczy, zamiast czynić ich apatycznymi i odrętwiałymi. W końcu, po co pisze się piosenki, jeśli nie po to, by wyrazić prawdziwe i szczere emocje autora?