11 września 2001 roku grupki muzułmańskich fanatyków - samobójców porwały amerykańskie samoloty i widowiskowo rozbiły je o symbole ekonomicznej i militarnej potęgi USA: wieże World Trade Center i gmach Pentagonu. Zginęło niemal trzy tysiące osób, wśród nich nasi rodacy. W jednej chwili zmieniły się główne wektory amerykańskiej polityki, zmieniło się też spojrzenie państw świata na sprawy międzynarodowego bezpieczeństwa. Zawiązała się międzynarodowa koalicja przeciwko terroryzmowi. Okazało się, że głównych źródeł współczesnych zagrożeń należy szukać w religijnym fundamentalizmie i terroryzmie, wyrosłych na gruncie biedy, zacofania, frustracji, poczuciu odrzucenia, krzywdy i upokorzenia oraz nienawiści do obcych. Diagnozę postawiono szybko, podjęto też działania wymierzone przeciwko terrorystom i w obronie wspólnych wartości. I co dalej?

REKLAMA
logo
Samolot United Airlines 175 uderza w drugą wieżę World Trade Center w Nowym Jorku, 11 września 2001 roku. Kilkadziesiąt minut później obie wieże WTC leżały w gruzach. Masatomo Kuriya/Corbis; http://static.polityka.pl/_resource/res/path/96/7a/967a0b99-e20d-4c09-a59b-928943e06dcd_900x
Chociaż od tamtych tragicznych wydarzeń minęło 15 lat, to ich skutki odczuwamy do dzisiaj. Po atakach 11 września walka z terroryzmem wysunęła się na czoło priorytetów władz USA i innych państw. Prezydent George W. Bush doprowadził do pokonania i osądzenia Saddama Husseina w Iraku. Wysłane zostały wojska na wojnę z talibami w Afganistanie i Pakistanie. Zawiązała się wielka koalicja antyterrorystyczna, skupiająca kilkadziesiąt państw świata, także kraje islamskie. Doprowadzono do upadku reżim Mu'ammara Kadafiego w Libii. Zginął Osama bin Laden, a Al-Kaida straciła na znaczeniu. Zrobiono niby dużo, ale wciąż za mało i niekoniecznie to, co w pierwszej kolejności należało zrobić. Bo walka prowadzona jest głównie z objawami, niż przyczynami zagrożeń.
Zmiany zachodzące w świecie nabrały bowiem gwałtownego przyspieszenia. Dziś już nic nie jest pewne, stabilne, w pełni przewidywalne. Nie wiemy, jak będzie wyglądać Europa i świat za 5, 10 czy kolejnych 15 lat. Nakręciła się spirala terrorystycznych ataków na przypadkowych ludzi - w Europie, Azji, Afryce. Powstało quasi-państwo muzułmańskich fundamentalistów, dla których racją bytu stało się szerzenie szariatu przez politykę strachu opartą na przeprowadzaniu i medialnym nagłaśnianiu coraz bardziej ponurych i bestialskich morderstw i zamachów. Trwa wojna w Syrii, jej końca nie widać. Nastąpił wzrost ruchów nacjonalistycznych i populistycznych wszędzie tam, gdzie wzrosła lub potencjalnie może wzrosnąć presja migracyjna i uchodźcza. Coraz częstsze i coraz bardziej niepokojące są niepokoje społeczne na tle rasowym i narodowościowym w Europie. Co gorsza okazało się, że po pierwszym szoku wywołanym skalą ataku na Amerykę, niektóre państwa zaczęły wykorzystywać światową krucjatę przeciw terroryzmowi do osiągania własnych partykularnych celów. A Europa - Stary Kontynent - dotychczas ostoja dobrobytu i stabilności, nagle musiała stanąć w obliczu zmian i wydarzeń bez precedensu w swej skali, nad którymi wciąż nie jest w stanie przejąć efektywnej kontroli.
Po 11 września nie wzrosło międzynarodowe zainteresowanie losem krajów rozwijających się. Rozziew między krajami bogatymi i biednymi nie zmniejszył się, a wciąż pogłębia, co z kolei przyczynia się do masowego napływu ludności do krajów bogatej Europy. Zagrożenie terroryzmem nie ustaje, a nagłaśnianie aktów terroru w mediach dodatkowo przyczynia się do zwiększania poczucia niepewności, strachu i uprzedzeń do wszystkiego, co napływowe i obce. Także ostatnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie nie wskazują na uspokojenie sytuacji: wojna w Syrii, napięta sytuacja w Iraku, Egipcie, Libii czy Jemenie, program nuklearny Iranu, wreszcie fiasko dyplomatycznych zabiegów i brak stanowczej reakcji Rady Bezpieczeństwa ONZ na te wydarzenia - to tylko niektóre następstwa tzw. Arabskiej Wiosny. To problemy, które nie tylko narastają, ale nieuchronnie zbliżają do momentu przesilenia. Możemy więc mieć geopolityczny przełom, o skutkach politycznych i ekonomicznych odczuwalnych na całym świecie.
Czy można coś zrobić? Tak, chociaż będzie bolało. Nie można obrażać się na rzeczywistość – świat się zmienia i my też. Społeczeństwo polskie starzeje się i stoi przed wyzwaniem znalezienia dodatkowych rąk do pracy. W praktyce oznaczać to będzie m.in. konieczność asymilowania imigrantów, zwłaszcza ludzi potrzebnych na naszym rynku pracy. Trzeba więc odrzucać radykalizmy, te napływowe i nasze własne, bo wolność słowa nie oznacza swawoli w obrzucaniu błotem innych ludzi tylko dlatego, że są inni. Odrzucać uprzedzenia wywodzące się z ksenofobii i ignorancji. Poznawać się nawzajem i uczyć się od siebie. Zobaczyć, że mimo różnic kulturowych czy religijnych nie musimy się siebie bać, bo w swojej masie jesteśmy do siebie podobni. Konsekwentnie nie pozwalać na tworzenie gett i podważanie naszego systemu wartości, ale też na obrażanie przyjezdnych tylko dlatego, że wydają się być trochę inni.
Służby państwowe nie mają innego wyjścia jak wzmożenie czujności na nowe zagrożenia i wyzwania, zwłaszcza te związane z terroryzmem, a także wspieranie działań służących zwalczaniu ich prawdziwych przyczyn. Pożywkę dla ekstremizmów stanowi bowiem brak wartości, wykluczenie i ubóstwo, brak wiedzy i perspektyw dobrego jutra. Czasem jest to osobista tragedia. Czasem wystarczy jedna osoba, by doszło do tragedii. I wcale nie musi być muzułmańskim uchodźcą.
Skutki ataków sprzed kilkunastu lat będziemy zapewne odczuwać jeszcze długo. Rodzi to potrzebę większego rozumienia i uwrażliwienia względem zjawisk i wydarzeń, które rozgrywają się coraz bliżej nas. Metodycznego i odpowiedzialnego budowania dialogu, partnerstwa i integrowania się wokół spraw, które dla wszystkich są równie ważne i potrzebne, bo związane z naszym przetrwaniem, rozwojem i jakością życia.