Agresja Rosji na Ukrainę często przedstawiana jest publicznie jako przejaw większej walki między demokracją a autokracją. To oczywiste odwołanie do „imperium zła” Ronalda Reagana oraz „osi zła” George’a W. Busha. Zachodni świat chętnie utożsamia demokrację z prawami człowieka i wolnością, a autokrację z represjami i agresją. Takie określenia są proste i łatwo zapadają w pamięci. Szybko pozwalają wyjaśnić, dlaczego społeczeństwa zachodnie mają ponosić ciężary przeciwdziałania różnym konfliktom, prowadzonym gdzieś daleko w świecie. Ale to też może być pułapka.
REKLAMA
Po pierwsze, takie rozróżnienie komplikuje przyszłe opcje strategiczne i może utrudniać rozwiązanie konfliktu. Jeśli agresję Rosji w Ukrainie określimy mianem wojny demokracji z autokracją, to sprawiamy, że zakończenie wojny rosyjsko-ukraińskiej jest praktycznie niemożliwe, ponieważ walka między dwoma systemami politycznymi zakończy się dopiero wtedy, gdy jedna idea zwycięży, a druga przegra. Zakończenie rosyjskiej agresji nie spowoduje, że Rosja przestanie być autokracją. Konflikt ideologiczny będzie trwał.
Po drugie, tym razem to demokracje mogą być postrzegane jako agresorzy. Jeśli celem Zachodu nie jest jedynie wycofanie sił rosyjskich z Ukrainy, ale zakończenie autokracji, wówczas rosyjskie i chińskie twierdzenia o hipokryzji Zachodu stają się bardziej wiarygodne. Jeśli Zachód zamierza promować demokrację na świecie, to osiągnięcie tego celu może zachęcać do ożywienia zachodniego liberalizmu w jego skrajnej formie: misyjnego zapału do napędzania zmian politycznych i zapewnienia jednej słusznej filozofii politycznej na całym świecie. To zachęta do kolejnych konfliktów.
Po trzecie, narzucanie ideologicznych ram na bieżące wydarzenia może skutkować tym, że zaczną one żyć własnym życiem. To zachęta dla polityków, aby podejmowali działania doraźne, uzasadnione moralnie i opłacalne politycznie tu i teraz, odkładając na bok długofalowe, strategiczne potrzeby. Jak różne państwa mają teraz łagodzić skutki zachodnich sankcji nałożonych na rosyjskie surowce energetyczne, jeśli zwiększenie importu tych surowców od innych producentów oznaczałoby rozwój współpracy z innymi „autokratycznymi” państwami (Arabią Saudyjską, Iranem, Katarem, Wenezuelą)? Wiele mniejszych i słabszych państw nie ma alternatywy lub są one ograniczone.
Po czwarte, rozbicie świata na dwa konkurujące ze sobą systemy polityczne grozi sytuacją, w której niemożliwe będzie określenie wspólnego i osiągalnego celu końcowego. Jeśli celem jest zastąpienie autokracji demokracją, to musimy znaleźć też odpowiedzi na trudne pytania: Do którego obozu zaliczyć tzw. ułomne demokracje? Do którego obozu zaliczyć tzw. miękkie autokracje? Gdzie biegnie granica między demokracją a autokracją? Czy Zachód powinien tylko tworzyć system bodźców zachęcających do przechodzenia do demokracji, czy może powinien aktywnie dążyć do demokratyzacji autokracji? Czy wymagać to będzie tylko narzędzi ekonomicznych i politycznych, czy też może militarnych? Wątpliwości jest więcej.
Wzmożenie ideologiczne i nakładanie pozornie prostych ram na trudne konflikty to cenne narzędzia, ale tylko w doświadczonych i ostrożnych rękach. Tu nie ma miejsca na amatorszczyznę. Bez dostosowania polityki do kontekstu geopolitycznego, realiów i kultury różnych krajów, koalicja państw demokratycznych ryzykuje, że jej działania okażą się jałowe, nieskuteczne i kosztowne.
