
Co jakiś czas słyszę głosy oburzenia ze strony hodowców egzotycznych zwierząt, którzy twierdzą, że odmawia się im przyjemności posiadania „zamorskich” pupili w domu. Oburzenia nie rozumiem, bo przecież mówimy o gatunkach wyrwanych z ich naturalnego środowiska i przeniesionych w miejsce im zupełnie obce. Czyż nie lepiej zaopiekować się domowymi i często bezdomnymi zwierzętami, kotami i psami.
REKLAMA
Pokusa posiadania egzotycznych zwierząt w domu jest duża. Podobnie jak oferta ich sprzedaży. Któż z nas nie poczuł przez chwilę przynajmniej zainteresowania zwierzakiem uwięzionym w terrarium, czy też klatce. Nieważne, pająk, jaszczurka, żółw, ptak, czy też małpka. Rzadziej zastanawiamy się jednak, co obecność takiego zwierzęcia oznacza dla przyrody i dla nas samych.
Nie bez powodu powstała lista gatunków objętych CITES – skrót od nazwy angielskiej, po polsku nazywany Konwencją Waszyngtońską - na której zostały umieszczone gatunki zagrożone wyginięciem, i podlegające szczególnej ochronie w obrocie handlowym, co nakłada na sprzedającego i kupującego obowiązek wykazania się dokumentem dotyczącym legalnego pochodzenia egzotycznego pupila. Dlaczego? Chwytanie zwierząt w naturalnym środowisku i wywożenie ich w odległe strony świata, gdzie znajdą się nabywcy, przyczyniło się do zmniejszenia się ich liczebności. Dlatego powstała Konwencja Waszyngtońska, której sygnatariusze, wśród nich Polska, zobowiązali się przestrzegać wynikających z niej zobowiązań.
Niestety nielegalny handel zagrożonymi gatunkami jest nadal problemem. Nie tak dawno udało się udaremnić przemyt prawie 200 żółwi stepowych do Polski, przewożonych w kole i bagażniku. Wcześniej ktoś ukradł tamaryny cesarskie i miko czarne z opolskiego ZOO. Okazuje się, że handel małymi małpami, takimi, które zostały skradzione w Opolu, jest bardzo dochodowym zajęciem. Ma to związek z rosnącym popytem na prywatne „małpiarnie” w domach. Potencjalni nabywcy są w stanie zapłacić kilkadziesiąt tysięcy złotych za jedno zwierzę.
Chociaż wzrasta wykrywalność prób przemytu, i służby, takie jak polska policja i służba celna, skuteczniej radzą sobie z tym problemem, to popyt wciąż jest. Zmieniają się tylko mody. Nabywcy zawsze się znajdą. Pojawiają się nawet polscy celebryci, którzy promują posiadanie na przykład marmozety białouchej. Co z tego, że pochodzącej z polskiej hodowli, skoro zwierzę urodziło się w hodowli, prowadzonej nie dla zachowania gatunku, ale dla zysku! Ogrody zoologiczne takiej sprzedaży nie prowadzą i tym różnią się od takich hodowli. Niestety coraz więcej znajduje się hodowców, którzy w niewoli rozmnażają egzotyczne gatunki w celach komercyjnych i podtrzymują tym samym popyt na „małpkę” i "jaszczurkę".
Dowody na inne dziwaczne pomysły z przetrzymywaniem egzotycznych zwierząt, przeciekają co jakiś czas wraz z medialnymi doniesieniami. Martwy krokodyl wyłowiony z polskiej rzeki, „tajemnicza puma”, niebezpieczny pająk lub wąż znalezione na blokowisku. To znaleziska, których niestety będzie więcej. Im więcej hodowców, tym większe ryzyko znudzenia się zwierzęciem, przyjętym pod dach amatorów egzotyki w polskich domach. To może skutkować z kolei tym, że niektóre z gatunków, jak żółw czerwonolicy, zaadaptują się w naszym kraj i zaczną zagrażać rodzimej przyrodzie.
W tym wszystkim zapomina się najczęściej o podstawowej zasadzie. Pozwólmy zwierzętom żyć tam, gdzie się urodziły - jeśli nawet nie one same, to poprzednie pokolenia, z których się wywodzą. Nie czyńmy z gatunków, które powinny żyć na wolności, w określonych warunkach środowiskowych, pupili. Nie rozmnażajmy ich domowymi „sposobami”. Fakt, że zwierzę urodziło się już w hodowli nie zmienia tego, że nie urodziło się w miejscu przewidzianym mu przez naturę. Chcesz mieć zwierzę, poszukaj swojego przyjaciela na dobre i na złe w schronisku dla psów i kotów.
