
„Niemcy nas biją!” To zawołanie stało się popularne w czasie podróży zagranicznej jednego z polskich polityków. Co jakiś czas jest odgrzewane, pod innymi tytułami. W mijającym właśnie tygodniu „Gazeta Polska” postanowiła uderzyć w nutę zagrożenia niemiecką „okupacją” polskiego terytorium Bałtyku, parafrazując zawołanie o biciu przez Niemców słowami „Niemiecki rezerwat w Polsce”. I wyszło jak zawsze. Nieprawdziwe rewelacje „GP” powtórzyły inne media. Okazało się, że niemieccy ekolodzy nie zamierzają tworzyć rezerwatu w granicach Polski, „GP” popełniła błąd i nie przyznała się do niego.
REKLAMA
Okazało się, że jest jak w starych dowcipach z pewnym radiem. Dziennikarz „GP” słyszał, ale nie słuchał ze zrozumieniem. Pomimo dostępnego od kilku dni oficjalnego stanowiska w sprawie rezerwatu, tekstu nie przeczytał. Postanowił przetłumaczyć słowa niemieckiego ekologa, wychodząc z założenia, że musi być antypolsko i strasznie. Doprawił wypowiedzią wiecznie oburzonych ekologią osób. I wyszedł polski klops, faszerowany bzdurami wyssanymi z antyniemieckiej wyobraźni.
Jak się okazuje, ci „źli Niemcy”, nie chcieli utworzyć rezerwatu w Polsce. Zaapelowali natomiast do rządu Niemiec, o to, aby 30 procent wód terytorialnych tego kraju na Bałtyku, przekształcić w park narodowy. Berlin nie traktuje Bałtyku w sposób priorytetowy. To nie Morze Bałtyckie, ale Północne jest kluczowe dla niemieckiej gospodarki. Stąd pomimo utworzenia morskich obszarów chronionych w niemieckiej części Bałtyku, rzeczywista ochrona pozostała jedynie życzeniem. I stąd też postulat ekologów, aby wzmocnić ochronę tworząc park narodowy, ale na terytorium Niemiec. Tylko taka forma zdaniem niemieckich działaczy ekologicznych może zmusić władze w Berlinie do poważnego potraktowania postulatu troski o Bałtyk.
Drogi zespole redakcyjny „GP”. Bądźcie spokojni! Niemcy nie biją Polaków. To raczej Polacy biją się między sobą w konkursie na największą kaczkę dziennikarską roku. Na razie „GP” zajmuje w tych zawodach czołową pozycję.
