A może tak zacząć rowerową ewolucję?
A może tak zacząć rowerową ewolucję? wikimedia

Rowerzyści jeżdżący po chodnikach otrzymują mandaty. W dużych miastach nie powstają nowe ścieżki rowerowe. Kierowcy bluzgają pod adresem rowerzystów, często z wzajemnością. Piesi nie lubią, kiedy mija ich rower. Rowerzyści też nie potrafią się zawsze zachować. Jednym słowem Polska na rowerowym rozdrożu.

REKLAMA
Trafnie zauważył, ktoś-kiedyś-całkiem-niedawno, że nowoczesność europejskiej metropolii i państw, będzie mierzona ilością rowerów na ulicach. Im więcej rowerów, i im mniej samochodów, tym bardziej nowocześni się stajemy. Tymczasem nad Wisłą jest odwrotnie.
Przyrasta liczba samochodów, które wjeżdżają do miejskich centrów. Brakuje rowerowych ścieżek, pasów na jezdniach, infrastruktury, wspierającej rowerową ewolucję. Rzadko myśli się o wprowadzeniu zakazu wjazdu do śródmiejskich dzielnic dla osób w nich nie zameldowanych. Owszem są opłaty za parkowanie, ale zdecydowanie za niskie, aby opróżnić ulice w centrach miast, co pozwoliłoby odzyskać przestrzeń miejską dla pieszych, rowerów i komunikacji miejskiej.
Sytuacja wydaje się patowa. Nawet jeśli rowerów przybywa, to ich użytkownicy nie mają się za bardzo, gdzie podziać. Nie wszyscy chcą ryzykować życie i zdrowie, bo nie mają równych szans w bliskim spotkaniu z samochodem. Dobrze rozumiem tych, którzy zamiast ruchliwej ulicy, wybiorą szeroki chodnik. Kierowcy, co odczuwam często, nie mają wyrobionego zmysłu omijania nas rowerzystów. Jadą, jakbyśmy byli niewidzialni, albo spodziewają się, że wjedziemy na krawężnik. Na samochodzie zostanie tylko rysa. Kierowca wyjdzie cało, może zapłaci mandat. A rowerzysta będzie tym przegranym.
Jednak nie chcę bronić wszystkich rowerzystów. Podobnie jak pieszych. Codziennie, co najmniej kilkakrotnie, widzę rowerzystę wjeżdżającego bezmyślnie na czerwonym świetle i odgrażającego kierowcom, że kim on tam nie jest. Równie często obserwuję rowerzystów przejeżdżających przejściem dla pieszych, w tłumie, zamiast przeprowadzających rower. Jeżeli jest sygnalizacja nagminne staje się zajeżdżanie innym rowerzystom drogi, przez rowerowych współużytkowników i popuszczanie hamulców, na wzór sfrustrowanego kierowcy, któremu niby-się-spieszy.
Czy jest jakieś rozwiązanie? Rowerową ewolucję, czas zacząć od wydzielania przestrzeni dla rowerów. Szerokie chodniki można podzielić farbą. Nie oczekuję równej kostki lub asfaltu. Byle byłoby miejsce dla rowerów, wolne od zagrożenia od samochodów. Podobnie na jezdniach. Tutaj jednak obawiam się o kierowców, którzy obserwując ich zwyczaje będą z tego pasa robić pas samochodowy. Bo wiedzą, że nie spotka ich za to kara. Warto wprowadzić też strefy zamknięte dla nie-mieszkańców centrum, do których wjazd byłby możliwy tylko po uiszczeniu bardzo wysokiej opłaty. Potrzebujemy wreszcie przemiany społecznej, sposobu myślenia, który sprawi, że wszyscy, czy na dwóch nogach, na dwóch lub czterech kółkach, staniemy się życzliwi wobec siebie. Bo to drugi, poza infrastrukturą, warunek konieczny. Inaczej będzie nadal byle jak, czyli nierowerowo i nieprzyjaźnie.
To wszystko są życzenia. Głos w dyskusji. Tak, napisany przez rowerzystę codziennego, który będzie bronił rowerowych praw, ale nie będzie też ukrywał, że i części rowerzystów przydałaby się solidna edukacja. Który wie też, że o ile w spotkaniu rowerzysta i pieszy, ten drugi jest słabszy, to podobnie dzieje się na ulicy, w czasie spotkania rowerzysta i samochód. I dzieje się tak znacznie częściej. Bo rowerzysta nie ma takich szans, jak Ben Hur w czasie wyścigu rydwanów.