Dziewiąta rano, wiosna. Pijemy pierwszą kawę w Stacji Muranów. Drzwi szeroko otwarte. O tej porze często ktoś zagląda – listonosz, ekipa remontowa, sąsiedzi spacerujący z psami. Tym razem będzie to on, czarniawy, zwalisty. – Może chcecie kupić kotły? - Kotły? – Tak, prawdziwe, cygańskie, jedyny producent w Polsce. – Kotłów nie potrzebujemy, ale jak nazywa się firma? – Zaciekawił mnie. Jedyny producent w Polsce, nie byle co. Temat! - Proszę wpisać hasło „kotły cygańskie” w Google, wszystkiego się pani dowie. Do widzenia.
REKLAMA
Poszedł dalej, do sąsiadów z Cafe Fundacja, oferować (jak doniosą nam potem) patelnie.
„Możliwe, że i na naszym podwórku były godziny, kiedy powietrze zastygało z nudy, ale teraz, we wspomnieniu, które kondensuje przeszłe wydarzenia, przedstawia mi się ono jako nieustający festiwal. Wiadomo, że przychodzili domokrążcy, handlarze starzyzną, żebracy (...) Nas, dzieciaków, fascynowało lutowanie garnków albo ostrzenie noży. Przychodziła dziewczyna z koszem gorących, jeszcze pachnących plecionych bajgli, obwarzanków, które podczas jedzenia można było rozplatać, co stanowiło dodatkową rozrywkę. (...) Wspinał się do nas na trzecie piętro tęgi, siwy pan z małą walizeczką. Kiedy ją otwierał, wionął zapach herbaty „Cejlon“ i czekolady „Domańskiego“. Bardzo tego grubasa lubiłem“. To Józef Hen, w „Nowolipiu“.
Więc producent kotłów, marketingowiec z indywidualnym podejściem do klienta. Potem fotograf pytający o miejsce na wystawę. Ktoś szuka magla. Po co mu dziś magiel? Działał w tym samym budynku przez długie powojenne lata, aż wszyscy kupili sobie pralki, pralkosuszarki i suszarkowirówki, więc stracił rację bytu. Ale sklep z częściami do trabantów i wartburgów trzyma się wciąż na Nowolipkach, choć trudno zgadnąć, za co płaci rachunki. Z myślą o nim idę na spacer Zamenhofa, gdzie w mikroskopijnym wnętrzu z antresolą, na kilku metrach kwadratowych, pod portretem Piłsudskiego i zdjęciami retro z rodzinnych albumów - stosy skórzanej odzieży i kolekcja starych maszyn. Właściciel (był kiedyś lotnikiem) udaje, że ma masę pracy i ogania się od natrętów, ale to tylko test determinacji, bo wystarczy kilka pytań, żeby rozgadał się o starych czasach, nie patrząc na zegarek. Czas zresztą się tutaj zatrzymał gdzieś między erą dzieciństwa Hena a początkiem epoki soc, gdy powstawał ten budynek, pierwszy w okolicy, a wokół leżały jeszcze zwały gruzów. Przy skrzyżowaniu z Anielewicza wpadam na listonosza, pana Zbyszka. - Kocha jeszcze? – zagaja. Ostatnio mniej jakoś przesyłek. Wracając, pogadam chwilę z Tomkiem, dawnym księgarzem z Wolumenu, w jego antykwariacie z widokiem na powstające Muzeum Historii Żydów Polskich. Minąwszy kilka kolejnych osób, które – jak uświadamiam sobie - też znam z widzenia.
Deja vu, deja vu. Olśnienie: to przecież syndrom krakówka, w którym - wiadomo – nie sposób przejść przez Rynek nie spotkawszy przynajmniej kilku bliższych lub dalszych kolegów. W Warszawie, poszatkowanej, bez centrum, chaotycznej, jego odpowiedników trzeba szukać w jednorodnych enklawach. Dzielnicach, czasem osiedlach. Tak jak w Berlinie, z którym lubimy się porównywać, a gdzie każdy ma swój Kiez. Własny kawałek podłogi, knajpy, w których je się śniadania i umawia na popołudniowe kawy, sklep, gdzie wpada się nie tylko po prowiant, ale – przede wszystkim – na dyskusję ze sprzedawcą. O polityce i życiu. Częściej o życiu.
Muranów, koncentryczny, budowany zgodnie z zasadami jednostki sąsiedzkiej, z agorą w postaci placu z Pomnikiem Getta, oddzielony gruzowymi pagórkami od reszty świata, nadaje się do tego idealnie. Nie trzeba się nigdzie ruszać, jest się u siebie. Nieźle to architekt Lachert wykombinował.
Wystawiam krzesło na zewnątrz, siadam. Ciepło. Niebo nad Stacją ciemnieje, koty zaczynają buszować w krzakach. Fajnie jest.
Beata Chomątowska
