Najpierw była złość. Złość na to, że w miejscu, które nie tak znów dawno było tętniącą życiem dzielnicą zamieszkałą głównie przez warszawskich Żydów, dziś jest senno, pusto i cicho, i tylko plac, przy którym buduje się Muzeum Historii Żydów Polskich, przypomina o przeszłości. Tej przeszłości, bo inna – sierpniowa, katyńska, sybiracka - ma tu liczną reprezentację skwerów, pomników i placów. Że tylko nieliczni kojarzą nazwisko Bohdana Lacherta, autora koncepcji muranowskiego osiedla-pomnika zbudowanego z gruzów getta. Wybitnego modernisty, o którym z uznaniem wypowiadał się sam Le Corbusier.

REKLAMA
I złość, że gdy mowa o największych powojennych osiedlach warszawskich, wszyscy wskazują na Mariensztat i MDM, a Muranów, świetne, choć kontrowersyjne założenie urbanistyczne, miasto w mieście, z historią tkwiącą – dosłownie! – pod chodnikami, zostaje w ich cieniu.
Złość, że rano, ba, nawet w południe, gdy chciałoby się tutaj zatrzymać do pracy i wypić kawę, nie ma nawet gdzie tego zrobić. Że turyści, którzy przypadkiem trafią na Muranów z przedwojenną mapą (bo przecież w metrze czy na przystankach brak oznaczenia, że to właśnie TUTAJ), kręcą się zagubieni wśród nowych bloków, nie rozumiejąc, czemu słynne Nalewki biegły kiedyś prosto, a teraz skurczyły i schowały pośrodku osiedla. Że gdyby nie postawione kilka lat temu pomniki i oznaczenia granic getta według koncepcji Eleonory Bergman i Tomasza Leca, byłoby już zupełnie wstyd. I że gdyby znalazło się więcej takich wariatów, też zakochanych w miejscu, które kochać trudno, nie mieliby się nawet gdzie spotkać.
Od tej złości minęło kilka lat. Jest coraz lepiej. Powoli. Powstało kilka nowych miejsc, kilka z nich zdążyło już zniknąć. Oznaczeń brak, ale przestrzeń nabiera kolorów, ożywa. Jest się gdzie spotkać. Muranów przestaje mylić się z Mokotowem, nawet o Lachercie zaczyna się mówić i pisać. Ale pytania pozostały te same. Dużo ich. Co można, a czego nie wolno? Jak traktować teraz to dziwne miasto w mieście – jak jeden wielki cmentarz? Czy raczej jak osiedle, na którym przecież od ponad pięćdziesięciu lat toczy się zwyczajne życie? Co powinni wiedzieć tutejsi mieszkańcy i czy w ogóle chcą wiedzieć? A jeśli nie chcą, czy coś można z tym zrobić?
Czy Muranów, tak jak kiedyś wyludniony z żydowskich mieszkańców Kazimierz, musi być skazany na wiecznie zażenowane milczenie, jak kilka dekad temu, kiedy patrzył na niego Jerzy Ficowski („chciałbym tylko iść, a idąc, depczę“)?
Beata Chomątowska