To nie była demaskatorska misja, tropienie antysemickich postaw wśród najmłodszych. Przypadek, standardowa wycieczka, oprowadzanie grupy uczniów w pewien kwietniowy poranek Roku Korczakowskiego. Miejsce akcji: teren dawnego getta. Uczniowie słuchają pilnie oraz ze zrozumieniem, zadają sensowne pytania. A przy okazji - nieupominani, niepoprawni i bezpośredni w swojej prostocie - są jak sen, który mimowolnie ujawnia ciemne strony zbiorowej podświadomości.
REKLAMA
Przystanek pierwszy: pomnik Korczaka w parku obok Pałacu Kultury. Klasowy spec od tematu wie doskonale, że bohater spaceru opiekował się żydowskimi dziećmi i zginął razem z nimi w Treblince. Co to była Treblinka? Taki obóz, gdzie zabijano ludzi. Wszystkich? No, głównie Żydów. Dlaczego? Bo tak chciał Hitler, a Hitler był głupi. Świetnie, myślę. „Nie takie ważne, żeby człowiek dużo wiedział, ale żeby dobrze wiedział, nie żeby umiał na pamięć, a żeby rozumiał, nie żeby go wszystko troszkę obchodziło, a żeby go coś naprawdę zajmowało“. Czyli: jednak młodzież mądra, nowe pokolenie, wolne od uprzedzeń, Unia Europejska, oświecenie, nowe otwarcie i takie tam.
Przy Placu Grzybowskim podsłuchuję jednak, jak jeden mówi do drugiego: „Ty Żydzie!“ Pytany, czemu akurat: „Żydzie“, nie umie wyjaśnić. – Czasem mówimy też: Ty Rumunie – dodaje tytułem usprawiedliwienia. A Korczak fajny? Fajny, podoba się, że doceniał dzieci i miał takie, jakby powiedzieć, demokratyczne podejście. Bardzo nowoczesne. Korczak też był Żydem. Jak to? No proszę, tu jest napisane: Henryk Goldszmit. A, rzeczywiście. Hmmm. Efekt będzie jedynie taki, że już pod koniec, przy pomniku Umschlagplatz, usłyszę, jak wyzywają się nawzajem: „Ty Korczaku!“
Pamiętając, że „dzieci nie są głupsze od dorosłych, tylko mają mniej doświadczenia“, idziemy zobaczyć, jak mieszkali Żydzi w Polsce przed wojną. Chcemy wejść na podwórko jednej z kamienic przy Próżnej .W bramie pojawia się jednak dozorczyni, wytrenowana w bojach z licznymi wycieczkami z zagranicy, wdzierającymi się na jej teren. By nas zniechęcić, sięga po argument na literę „Ż“: otóż żydowscy mieszkańcy (jacy tutaj żydowscy mieszkańcy?!) zakazali surowo odwiedzin. Lekko wystraszeni uczniowie zapamiętują więc: Żydzi nie wpuszczają obcych i nie lubią, gdy się im przeszkadza.
Synagoga Nożyków. Kiedy zmierzamy do niej przejściem wśród bloków osiedla Za Żelazną Bramą, mija nas mężczyzna z brodą. – Czy to Żyd? – pytają natychmiast uczestnicy wycieczki. Logicznie skądinąd: skoro synagoga, wokół muszą mieszkać sami Żydzi, przecież dozorczyni.... Tak wywiązuje się wielce poważna i wcale nie planowana dyskusja: co to znaczy być dziś w Polsce Żydem i w ogóle jak Żyda poznać. („Dobry wychowawca, który nie wtłacza a wyzwala, nie ciągnie a wznosi, nie ugniata a kształtuje, nie dyktuje a uczy, nie żąda a zapytuje – przeżyje wraz z dziećmi wiele natchnionych chwil“).
Więc pytam: czy znają jakiegoś Żyda? Żadna ręka nie unosi się w górę, tylko jedna z dziewczynek przypomina sobie, że jej ciocia przecież przeszła na żydowską wiarę. – A Żydzi nie wierzą w Boga – zaznacza. Prostuję. – Oni czczą takie... takie.... – usiłuje sobie przypomnieć ktoś inny. – Koran – podpowiada mu kolejny uczeń. Nie dowierzam: piąta klasa podstawówki, wszyscy chodzą na religię i nie słyszeli dotąd o Starym Testamencie? Jakoś nie, pod synagogą też są pierwszy raz w życiu. – Więc nie każdy Żyd jest religijny? – pytają z niekłamanym zdumieniem. Żyda powinno się łatwo odróżnić. Gdyby wszyscy mieli brody, pejsy i chodzili ubrani na czarno, z tymi dziwnymi czapkami na głowie, które widać na filmach, byłoby idealnie. Ale żeby Żyd był jednocześnie Polakiem, a czasem Żydem tylko w jednej szóstej lub ósmej, czasem z niebieskimi oczami i włosami blond, nie różniący się od nich praktycznie niczym, to już wydaje się podejrzane. Motyw cioci, która przeszła na judaizm, też nie pomaga, bo „nie widziałam jej od sześciu lat“. Znajomością tematu chwali się za to klasowy wychowawca: Żyd z reguły ma nos zakrzywiony, długi. Coś jednak po krótkiej przemowie zaczyna im świtać, skoro pytają, czy Żydów religijnych jest w Warszawie tak mało, że korzystają tylko z jednej synagogi. Bo kościołów jest mnóstwo. „Pozwól dzieciom błądzić i radośnie dążyć do poprawy!“
By zrewidować zdanie w kwestii żydowskiej w doświadczeniu bezpośrednim, idziemy do sklepiku koszernego obok synagogi. Podchodzą pod drzwi z lekką obawą, dopytując, czy wolno im wejść do środka, czy aby Żydzi znów ich nie przegonią. Ciekawość i apetyt na słodycze bierze jednak górę, a i sprzedawca wygląda zwyczajnie, bez brody i pejsów. A nawet bez mycki (jak mówią, bo słowa "kipa" nie znają). Zanim sfinalizują transakcję, pytają jednak szeptem: - Czy ja się tym nie zatruję?
Gdy wychodzimy ze sklepu, zmierzając w kierunku ulicy Krochmalnej, jedna z dziewczynek tonem doświadczonej gospodyni domowej narzeka na wygórowane ceny chałwy i batonów. - Żydzi zawsze oszukują – mówi z oburzeniem. Perswazje z wykorzystaniem analogii do niemieckich dowcipów o Polakach-złodziejach samochodów nie poskutkują na długo. Rozwinie wątek na Chłodnej, przy jednym z dwudziestu dwóch pomników pokazujących mapę getta na tle mapy Warszawy.
Zwykle w tym miejscu oprowadzani nie ukrywają zaskoczenia – nagle dociera do nich, że było to miasto w mieście, ciągnące się w linii południe-północ od dzisiejszego Pałacu Kultury aż po Arkadię. Tak jest i tym razem. - Ale duże! – woła ta sama uczennica, dotykając mapy. – Dlaczego taki kawał miasta oddali Żydom? – irytuje się od razu. Tłumaczę jeszcze raz, czym było getto i że raczej nie chciałaby znaleźć się na miejscu tych, dla których wydzielono ten obszar. Gdy wychowawca przywołuje ją do porządku, wybucha, że Żydów nie lubi i ma ku temu powody. Gdy była z rodzicami w Syrii, żydowscy sklepikarze oszukiwali ich na każdym kroku, bo – jak mówi mama –mają to w genach. ("Dziecko jest pergaminem szczelnie zapisanym drobnymi hieroglifami, których część tylko zdołasz odczytać, a niektóre potrafisz wytrzeć lub tylko zakreślić i własną wypełnić treścią.")
Przystanek ostatni: Umschlagplatz. Uczniowie odpoczywają po długiej wędrówce, dziwiąc się tylko, że wśród imion na pomniku są nie tylko egzotyczne Chajki, Rachele i Baruchy, ale i ich własne, swojskie Emilie, Zosie i Maćki. Z życiorysu Korczaka są obkuci na blachę, jednak druga wojna światowa to dla nich abstrakcja, na historii przerabiają właśnie wiek osiemnasty. "Umysł dziecka - las, którego wierzchołki lekko się poruszają, gałęzie splatają, liście drżąc dotykają." W trakcie krótkiego wykładu przysuwa się ku nam pani, starsza, odziana na czarno, wygolona głowa, kolczyk w uchu. Artystka, myślę. Artystka słucha, kiwa głową ze zrozumieniem. Gdy oddalamy się już w stronę przystanku, mówi „do widzenia“ i rzuca w przestrzeń, jakby do niewidzialnych, dorosłych słuchaczy: - No widzicie państwo. Żydki po cichutku, szybciutko sobie budowali i pomnik gotowy, ich muzeum też już przecież stoi. A my, Polacy, jakoś nie umiemy się zorganizować.
Beata Chomątowska
Cytaty z pism i wypowiedzi Janusza Korczaka. Większy tekst na ten temat pojawi się w najbliższym numerze miesięcznika "Lampa"
