Zauważa mnie pierwszy, gdy tylko wychylam się zza rogu, walcząc z ciężarem toreb z zakupami. Obserwuje dokładnie, szybko ocenia zawartość siat, wzmaga czujność, gdy stabilizuję postawę i pewnym krokiem ruszam w jego kierunku. Łapie mój wzrok w locie, trzyma, nie puszcza, aż minę jego i grupę, aż wreszcie dotrze do niego, że jestem wcieleniem łagodności i raczej obca jest mi myśl o perfidnym terrorze. A ja bezwiednie poddaję się urokowi tych miodowych oczu, śniadości skóry, śladów wojskowego drylu ukrytych w ruchach i linii szczęki. Oh, security guard! Mogłoby być tak pięknie, gdybyś widział we mnie coś więcej niż tylko zagrożenie.

REKLAMA
Muranowskie poranki łatwo odróżnić od tych krakowskich, berlińskich czy telawiwskich: z wdziękiem łączą w sobie wszystko, co w pozostałych porankach najpiękniejsze. Uwielbiam, gdy spokój podwórek i parapetowy tupot gołębi mieszają się tu z dźwiękiem hebrajskiego, który w sezonie turystycznym niemal codziennie słychać zza okna. Otwieram je wówczas szeroko i obserwuję wycieczki pokonujące wertepy wokół powstającego Muzeum Historii Żydów Polskich. Jest w tych muranowskich porankach pewna spójność, logika, ciągłość; poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu, że powraca z niepamięci i osiada na właściwym gruncie.
Wśród odwiedzających - młodzi Izraelczycy, średnio 25 tysięcy rocznie w skali ogólnopolskiej. Przyjeżdżają tu by poznać miejsca, których nazwy w uszach Żydów brzmią po prostu boleśnie. Obozy koncentracyjne, cmentarze, synagogi, dzielnice, w których można szukać śladów dawnych mieszkańców - to główne punkty programów wycieczek. Ich zadaniem jest utrwalanie wiedzy o tragicznej historii, wzmacnianie świadomości i jedności narodowej, a co za tym idzie - przygotowanie młodzieży do obowiązkowej w Izraelu służby wojskowej. Wycieczki mają być przeżyciem, obrazy miejsc tragedii mają przenikać do głębi i zapadać w pamięć. Trudno odmówić im skuteczności - młodzi Izraelczycy wracają do domów z poczuciem dotknięcia istoty tragedii w samym jej sercu, w jądrze ciemności: w Polsce.
Yoav Shamir w swoim głośnym dokumencie „Dezinformacja” (hebr. Hashmatsa) zwraca uwagę na długo lekceważony problem: programy izraelskich delegacji szkolnych nie przewidują miejsca na naukę o współczesnej Polsce. Shamir pokazuje skrajny przykład wycieczki skutecznie odciętej od polskiej rzeczywistości: przed wyjazdem nauczycielka informuje uczniów o zagrożeniu terrorystycznym
i antysemityzmie panującym w naszym kraju, zaś na miejscu pracownicy security skutecznie uniemożliwiają najmniejszą próbę kontaktu z Polakami, tłumacząc to poważnym zagrożeniem dla życia młodych Izraelczyków. Strach towarzyszy już nie tylko wycieczce: otoczona przez ochroniarzy grupa budzi nieufność mieszkańców.
Od publikacji filmu Shamira minęły trzy lata, a owocem współpracy polskich
i izraelskich szkół coraz częściej stają się spotkania młodych Izraelczyków z ich polskimi rówieśnikami. Rośnie liczba wymian i projektów młodzieżowych (pionierskie programy edukacyjne oferuje powstające Muzeum Historii Żydów Polskich), a historia i kultura Polski, a także wspólne dziedzictwo są ich integralną częścią. Nie sposób nie docenić przełomu, choć jest za wcześnie, by mówić o pełnym sukcesie.
Na własny rachunek przeprowadzam na Muranowie małe akcje dywersyjne: moją bronią jest życzliwość, uśmiech i podstawy hebrajskiego. Z czułością patrzę na roześmiane, śniade, wciąż jeszcze dziecięce buzie, na jasne, ufne spojrzenia, na peruwiańskie czapki i plecaki prawie dotykające ziemi. Wsłuchuję się w dźwięk języka, który nasuwa mi wciąż świeże wspomnienia telawiwskich poranków, zapachu przypraw i pomarańczy, delikatnej morskiej bryzy. I tak bym pewnie trwała w tym moim zapatrzeniu, gdyby nie stalowy wzrok pracownika ochrony. Oh, security! Mogłoby być tak pięknie, gdybyś widział we mnie więcej niż tylko zagrożenie!
Moją tajną broń wykorzystuję w piątkowe przedpołudnie, gdy u zbiegu Zamenhofa
i Lewartowskiego wpadam na studentów jesziwy. Rozczulające jest zdumienie
i radość, które malują się na ich twarzach, gdy szczerze życzę: shabbat shalom! Uśmiechamy się do siebie i idziemy – każdy z w swoją stronę. Ja – z poczuciem dobrze rozpoczętego dnia.
Karolina Przewrocka