Sopockie festiwale. Legendarne. Trochę cukierkowe, a muzycznie, z małymi wyjątkami, niemal zawsze popowe, skierowane do mas. Ostatnio nie mają szczęścia do organizatorów. Miałem przyjemność podglądać od kuchni powstawanie tych najlepszych. Od połowy lat 80-tych do końca lat 90-tych w TVP, wiele z nich organizował mój rodzony ojciec, później szereg tych nieco bardziej komercyjnych - organizowanych przez TVN w ostatnich latach, a także najnowszą odsłonę – dopiero co zakończoną na antenie Polsatu.
REKLAMA
Zacznę od opisu sytuacji dzisiaj. Obecnie najlepiej w Sopocie pod względem oglądalności radzi sobie polsatowski festiwal Top Trendy. Stworzony od zera i nie mający żadnego związku ze starym tradycyjnym festiwalem sopockim. Prawie od samego początku bije rekordy popularności dystansując m.in. festiwal opolski. Budżet tego festiwalu w dużym stopniu pochłania bardzo atrakcyjna forma wizualna, oświetlenie, multimedia oraz doskonała, najlepsza w Polsce, promocja antenowa.
Producenci tej imprezy delikatnie mówiąc nie przeinwestowali. Artyści nie kosztują setek tysięcy euro. To nasza lokalna impreza i nowatorski pomysł, aby pokazywać najlepiej sprzedających się artystów krajowych ostatniego roku. Do tego kilka jubileuszy i gotowa jest recepta na sukces przed polską widownią telewizyjną. Oczywiście tą masową. Po wielu latach obserwowania tej imprezy z boku, w szczególności na tle upadającego festiwalu w Opolu, zgodziłem się wejść w skład jury konkursów Trendy. Tym dokładniej obserwowałem jego organizację. Dzięki imprezie w świadomości zwykłego obywatela Polski zaistniało wielu nowych wykonawców z naszej rodzimej sceny. Nie tylko komercyjnej. Nagrodę jury ostatniej edycji otrzymała Mika Urbaniak, a poprzedniej zespół Neo Retros. Nie przeceniając jednak efektów artystycznych imprezy, przyznaję, że Top Trendy to w moich oczach przede wszystkim kawał solidnej roboty i świetny pomysł wyjściowy. I jest tego jeden kluczowy efekt – dekada na antenie. Poza tym wysokie udziału w rynku stacji i sympatia samych artystów. Rysą na tym obrazie jest niestety fakt, że Polsat nadal nie płaci tantiem do ZAiKS.
Nie analizuję tutaj Sopot Hit Festival (2008-2010) organizowanego przez TVP, bo w ogóle nie rozumiałem jego koncepcji, zarówno niezbyt oryginalnej. a po drugie wg mojej opinii - oderwanej od tradycji sopockich imprez. Była to po prostu gorsza wersja Top Trendów z jakims akcentem zagranicznym.
Generalnie w ostatnich latach rynek festiwalowy zmienił się na dobre tak u nas w kraju, w Europie, jak i na całym świecie. Powstaje dziesiątki wielkich imprez cyklicznych. Publiczność ceni sobie bezkompromisowe artystycznie letnie festiwale, na które jedzie się osobiście. Wielka oferta artystyczna, bezpośredni osobisty kontakt z muzyką. Emocje. Wyjazd. Zabawa. Informacje o nich czerpie się coraz częściej z internetu, niż z klasycznych mediów. W kontekście tego co dzieje się u nas, ale i wszędzie dookoła, a także pamiętając o prawidłach rynku medialnego, wszelkiej maści festiwale telewizyjne są w odwrocie. Nie należy się temu dziwić. A tym bardziej walczyć z takim trendem. Mnie to tylko cieszy. To oznaka, że Polska zaczyna być normalnym krajem także pod względem imprez artystycznych.
A zatem nie dziwi decyzja telewizji TVN, która po wielu latach prób poddała się i zamiast organizować z mozołem kolejny tradycyjny festiwal sopocki, przeniosła się na stołeczny stadion Legii organizując bardziej nowoczesny i „dzisiejszy” Orange Warsaw Festival. O decyzji szefów stacji zdecydowały na pewno dotkliwe straty finansowe oraz wieloletni remont Opery Leśnej. TVN-owski Sopot oprawę miał nawet bardziej atrakcyjną od Top Trendów, ale inwestycje w artystów wydawały się nie mieć limitów, zaś niskie wyniki oglądalności pokazały, że publiczność oczekiwała czegoś zupełnie innego. Czy diagnoza TVN spisująca na straty sopocką imprezę była w stu procentach trafna? O tym za chwilę.
Powrócę do Polsatu. Jeden z jej pracowników, Marcin Perzyna, wymarzył sobie wskrzeszenie sopockiej legendy. Porozumiał się z władzami Sopotu, które po kosztownym remoncie Opery Leśnej nie bardzo wiedziały co zrobić z ogólnopolskimi imprezami telewizyjnymi w tym obiekcie. Eugeniusz Terlecki – szef BART włożył bardzo wiele serca i wysiłku, żeby technicznie miejsce to odpowiadało standardom obowiązującym poza granicami Polski. Przed laty władze samorządowe tego nadmorskiego kurortu przelicytowały wiele negocjacji z telewizją publiczną i TVN a propos festiwalu. Mówi się, że chcieli za dużo pieniędzy. Nikt zatem nie chciał inwestować w podniesienie starego Sopot Festival.
Ale Polsat jednak znowu wymyślił coś nowego. Ma pomysł, aby wyjść z myśleniem o sopockiej imprezie poza Polskę, pozyskując do współpracy europejskie stacje telewizyjne. Postanowili wyprodukować nowoczesny festiwal, który będzie kolejnym krokiem w historii tego historycznego wydarzenia. Zastępującym w zamyśle wszelkie tego typu europejskie imprezy znane sprzed lat, jak Eurowizję, San Remo, czy właśnie nasz interwizyjny (czytaj – organizowany dla bloku komunistycznego) festiwal w Sopocie.
Pomysł aby sukces Top Trendy przekuć w festiwal międzynarodowy ma sens. Bo to koncept oryginalny i skuteczny. W dodatku, jeśli odniesie sukces, na budżet złoży się co najmniej kilkanaście stacji telewizyjnych transmitujących imprezę.
Jest tylko jeden szkopuł. Skład piątkowego koncertu „Top of The Top”. Zarówno poziom artystyczny, jak i komercyjny takiego koncertu, musi pozostawiać wiele do życzenia. Bo taka jest natura większości europejskich rynków muzycznych od lat. Anglicy i Amerykanie opanowali światowe rynki. Reszta państw jest bardzo nierówna w dostarczaniu gwiazd na arenę międzynarodową. Najczęściej najlepiej sprzedają się tam wykonawcy zrozumiali wyłącznie w swoim kraju. Podobnie jest z polskimi gwiazdami. Poza tym kompletnie nieznany i nie wylansowany repertuar to zabójstwo w przypadku odbiorców komercyjnych stacji telewizyjnych. Uczestnicy śpiewający covery? Też brzmi to koszmarnie tandetnie. A to, co było dotychczas wielką przewaga Polsatu, czyli trafna intuicja i świadomość czego oczekuje polska publiczność, wzięła właśnie w łeb. Już dzisiaj wiadomo, że słupki się nie zgodziły. Szczególnie te piątkowe. Obawiam się, że podobnie będzie z widzami w całej Europie.
Problem drugi – brak jakichkolwiek znanych gwiazd ze świata. Takich na deser. Na koniec każdego dnia, a może po prostu na koniec pierwszych części emitowanych na antenie. Polsat mierzył bardzo wysoko, zdaje się, że marzył o Adele i nie bardzo wierzył w mniejsze nazwiska. Według mnie niepotrzebnie. Bogactwo bardzo mocnych nazwisk i marek artystycznych, także tych nie występujących dotychczas w Polsce, albo występujących dawno temu, względnie rzadko lub bez transmisji telewizyjnej - jest ogromne. Nie oszukujmy się, podczas najlepszych lat sopockiego festiwalu sam konkurs Bursztynowego Słowika był zawsze najsłabszym ogniwem. Atrakcyjnym wyłącznie w latach kiedy nie docierały do Polski niemal żadne gwiazdy z zachodu. Interesującym o tyle, o ile startował w takim konkursie polski artysta. A teraz rządzą smsy... To z czego festiwal słynął u nas w kraju to wielkie gwiazdy. O tym zapomnieć - to jednak grzech. Choćby dwie znane gwiazdy każdego dnia. W sumie cztery pozycje. Ale obowiązkowe. Zgaduję, że odbiorcy muzyki w Europie mają analogiczny głód gwiazd, tak jak nasza rodzima publiczność. Mam też wrażenie, że reklamodawcy lubią duży szum wokół przyjazdu renomowanych nazwisk. Nawet jeśli telewidzów trzeba przekonać na różne inne sposoby, bo inaczej traci się udziały na rzecz mocnych tytułów filmowych, które tradycyjnie serwuje konkurencja. Wiadomo jednak powszechnie, że właśnie z powodu ogłoszonych mega gwiazd, TVN akurat nie cierpiał na brak reklam podczas festiwalowych nocy. Tu sobie odbijał słabszą oglądalność. Ale niestety przepłacał za gwiazdy. Tak jak kiedyś TVP.
Oprócz występów artystów zagranicznych receptą na sukces w Sopocie były zawsze obowiązkowe smaczki lokalne. Koncerty specjalne Polaków. Względnie koncerty dedykowane komuś lub czemuś. W tym ostatnim elemencie organizatorzy tegorocznej imprezy poradzili sobie całkiem zgrabnie. Sobotni koncert poświęcony The Beatles co prawda raził niskim poziomem wykonawczym i językowym (sic!), ale jestem przekonany, że znacznie lepszy wynik oglądalności nie jest przypadkiem. To dobry kierunek i ciekawy pomysł, co zostało nagrodzone choćby tańczącym Lechem Wałęsą w pierwszym rzędzie Opery Leśnej. Nawiasem mówiąc reakcja widowni oraz telewidzów pokazała, że miłość Polaków do muzyki tego zespołu jest wielka. To dobry prognostyk i dowód, że wielkimi krokami zbliża się pierwszy w historii koncert Paula McCartneya w Polsce. Natomiast koncert towarzyszący festiwalowi pod tytułem „Muzodajnia Gwiazd” to całkiem skuteczny pomysł na pozyskanie niemałego budżetu z firmy Polkomtel. Projekt ów bardziej przypominał swoim poziomem ludyczne imprezy radia Eska, acz nawiązując do tego formatu wciąż dosyć nieudolnie. Ale o ile kogoś to interesuje, można było zobaczyć i posłuchać co Polacy ściągają sobie obecnie na komórki. Dla mnie raczej cierpienie, ale publiczność wydawała się być wyraźnie rozbawiona.
Ważne są także niuanse. To co w latach 80-tych i 90-tych było możliwe, a dzisiaj umyka wielkim koncernom i nowej generacji organizatorów. Po pierwsze dobór artystów i repertuaru. Ocena poziomu artystycznego, ale i lingwistycznego. Do tego potrzeba więcej czasu, więcej wiedzy i doświadczenia, czasem niepopularnych decyzji o odesłaniu delikwenta po próbie do domu. Po drugie, niezależnie od dyktatu smsowych werdyktów, warto zadbać o profesjonalne i być może międzynarodowe jury. Nawet na etapie preselekcji wykonawców i repertuaru. Miałkość wciąż umierającego w bólach festiwalu Eurowizji, w tym przewidywalnego głosowania telefonami wskazuje, że lepszy jest mix dwóch werdyktów. Po trzecie, nie można powtarzać na jednej scenie, jednego wieczoru, występów tych samych artystów podczas dwóch różnych koncertów, tak jak to się stało drugiego dnia tegorocznego festiwalu. Po czwarte, nie może być tak, że prowadzący koncerty obydwu polsatowskich festiwali są tacy sami. Choćby doskonale sprawdzeni w bojach i lubiani. To duże niedopatrzenie. Ludzi to najzwyczajniej nudzi, a może nawet irytuje. Podczas, krótkiej niestety, części koncertu beatlesowskiego nie było na scenie żadnych prowadzących. Była to jednak ulga. Po piąte, i chyba najważniejsze, trzeba dać ludziom igrzyska, wyczuć co sopocka i polska publiczność „kupi” choćby z grupy średnio kosztownych znanych gwiazd międzynarodowych. Poszczególnych występów artystycznych nie zamierzam tutaj recenzować.
Dodatkowe pytanie techniczne, dlaczego podczas sopockiego festiwalu A.D. 2012 w Operze Leśnej nie było już lasu z tyłu sceny? Choćby pokazanego fragmentarycznie, czy symbolicznie. Dla mnie to był prawdziwy cios. Nikt mi nie powie, że nie da się tego cyrku multimediów i świateł zaprojektować z uwzględnieniem tego jakże unikalnego wyróżnika przepięknej Opery Leśnej. Nazwa zobowiązuje.
Na koniec jedno zastrzeżenie. O ile w latach 90-tych zdarzało mi się nieźle bawić na kilku edycjach Sopot Festival, to już od dawna nie jest to moja bajka. Co więcej, wydaje się, że nigdy już nią nie będzie. W tym samym czasie co tegoroczny Sopot, był organizowany także „Tauron Nowa Muzyka” w Katowicach i gdybym mógł – wolałbym tam poznawać nowe kierunki muzyki elektronicznej. Ale im jestem starszy, tym bardziej doceniam tzw. lokalną tradycję oceniając różne projekty showbiznesowe. Taki swoisty szacunek do tradycji zaczyna być w cenie. Podobnie dzieje się w wielu krajach. Słowem, nie warto wyłącznie kopiować choćby najlepszych wzorców ze świata. To co w naszym kraju się sprawdziło i powody dlaczego tak się stało – to cenna inspiracja na przyszłość. Wydaje mi się to szczególnie ważne w dobie kiedy telewizyjne formaty kształtują gust zdecydowanej większości moich rodaków.
Podsumowując, dzisiaj TVP nie jest w stanie finansowo i organizacyjnie stworzyć niczego nowego oraz atrakcyjnego w Sopocie. Może kiedyś to się zmieni, raczej nieprędko. Za to na antenie tej właśnie stacji odbyły się te niezapomniane i najbardziej kultowe do dzisiaj edycje festiwalu. Choćby, patrząc na ostatnie udane edycje festiwalu w TVP, ta z udziałem Lionela Richie i Whitney Houston. Z kolei TVN przeinwestował i po prostu nie czuł tej imprezy. Wyjątkowo nieprofesjonalnie i nietelewizyjnie układał program każdego wieczoru (start wieczoru o 20.00 z Katie Melua, czy z Norah Jones, a także niedopilnowanie co zagra Elton John - to były oczywiste i bardzo kosztowne „strzały w kolano”). Za to stworzył jeden z najlepszych koncertów dedykowanych latom 70-tym w bardzo silnej obsadzie. Wydaje się, że zamieniając Operę Leśną na Legię, TVN nie pozyskał większej publiczności. Może nawet ją dodatkowo stracił. Wyniki oglądalności retransmitowanych fragmentów koncertów nie mogą być wysokie. Jednak wynik imprezy zmienił się na plus, a zarobki z reklam i biletów na pewno są satysfakcjonujące. Natomiast Polsat w bardzo trudnym czasie porwał się na poważny i nowy koncept. Kto wie, może nawet międzynarodowy. Mam wrażenie, że jeszcze nie doinwestował należycie swojej nowej imprezy. Chociaż taką właśnie ma politykę biznesową od dawna i zwykle przynosi ona owoce, nie da się tak nawiązać do legendy sopockich nocy z piosenką. Po trzech latach przerwy próbuje reaktywować trupa. Uczy się tego festiwalu na żywym organizmie. Pytanie czy będzie druga szansa. Jeżeli tak, warto obejrzeć absolutnie wszystkie edycje festiwalu. Choćby z ostatnich 20 lat. I wyciągnąć wnioski. Nie ma sensu przeinwestować projekt, ale warto wyważyć i obliczyć o ile więcej zarobi się przy zwiększonym budżecie festiwalu.
Największą porażką dla Polsatu będzie porażka finansowa, czyli przede wszystkim słabe udziały w rynku, ale także impreza słabo odróżniająca się od Top Trendów i pozbawiona znanych gwiazd ze świata. Reklamodawcy i publiczność tego nie kupią. Nie wejdzie się tak do historii. Zaś przygoda z festiwalem międzynarodowym będzie bardzo krótka.
Ale w przypadku sukcesu, może to być spektakularna wygrana nie tylko Polsatu, ale i Polski. Albowiem coroczna międzynarodowa impreza stworzona i transmitowana z naszego kraju, może stać się nieoczekiwaną i doskonałą formą promocji Polski zagranicą. O ile zaistnieją na nim polscy artyści, niekwestionowane światowe gwiazdy i, co tu dużo mówić, obrazki z naszego kraju włączone do oprawy transmisji. A także w przypadku jeśli koncepcja imprezy wpisze się w europejskie mechanizmy promocji muzyki. A zawartość wykonawcza zwróci uwagę typowego Kowalskiego zamieszkującego nasz kontynent. Może uda się stworzyć oryginalny scenariusz imprezy uwzględniający wszystkie te elementy? Tego życzę Polsatowi, producentowi festiwalu, Sopotowi i nam wszystkim. No i te drzewa za sceną Opery Leśnej. Tak jak przed laty, zaprezentują się godnie, wzbudzą pozytywne skojarzenia z przeszłością, spodobają się zagranicą, oddadzą ducha Opery Leśnej, a być może przyniosą szczęście tak samej imprezie, jak i jej organizatorom.
Post Scriptum nr 1. Polsat zaczął płacić tantiemy. Po drugie, sam projekt, który opisałem powyżej, nie rozwinął się i nie przetrwał. Ostatecznie w 2014 roku Polsat postanowił porzucić dalszą organizację Top of the top, zorganizował jedynie edycję - "efemerydę" - pod tytułem Polsat Sopot Festival. Marna kopia Top Trendów nie wypaliła, stacja porzuciła ostatecznie Sopot. Niezależnie jednak od tego co możemy myśleć o imprezach muzycznych we współczesnej Europie, jak bardzo nie wierzymy w archaiczne festiwale telewizyjne, jestem pewny, że za jakiś czas kolejna telewizja spróbuje reaktywować Sopot Festival. Nie tylko ze względu na sentyment polskiego telewidza. Zabierze się za to zapewne ponownie TVP lub TVN. Czas pokaże.
Post Scriptum nr 2. Nastąpiły dwa lata przerwy. W 2015 roku jednodniowy festiwal zorganizowało Miasto Sopot - jednak bez fajerwerków i bez telewizji. W 2016 roku, mimo negocjacji z TVP, impreza nie odbyła się.
Tymczasem, po wielu latach przerwy, ponownie TVN znowu podjął się realizacji aż trzydniowej sopockiej imprezy. Od 2017 roku Top of the top znowu reaktywował się w Operze Leśnej. Skład w 2017 roku jest raczej skromny, bo tylko polski, ale zawsze. Z dużym zainteresowaniem i życzliwością będę obserwował dalsze losy sopockiego festiwalu.
