Z zaskakująca inicjatywą wystąpiła Białoruś. Chce wymieniać z Chinami doświadczenia w zakresie ochrony praw człowieka, gdyż, jak powszechnie wiadomo, oba państwa mają dobre regulacje i bogate doświadczenia w tym temacie.

REKLAMA
Na stronie „China – Human Rights” czytamy, że szef chińskiej delegacji w Mińsku zapowiedział zintensyfikowanie działań w zakresie praw obywateli oraz podziękował za wsparcie, które otrzymał od białoruskich partnerów. Najwyraźniej Chiny dotychczas w niewystarczającym stopniu wspierały demokratyczne przemiany u naszych wschodnich sąsiadów, gdyż członek białoruskiej organizacji, która zorganizowała spotkanie, oficjalnie wyraził nadzieję, że Chiny bardziej dadzą odczuć, że wspierają rozwój praw człowieka na Białorusi.
Można powiedzieć – prowadził ślepy głuchego. Sprawa jest poważna, a działania podejmowane przez dwa nieszanujące praw człowieka państwa próbują mydlić opinii publicznej oczy (a może same siebie próbują przekonać, że jest dobrze?), że żadne nieprawidłowości nie są odnotowywane.
Trochę faktów:
Białoruś jest jedynym w Europie państwem, z którym wykonywana jest kara śmierci, procesy często są sfingowane, prawo do wniesienia odwołania bywa iluzoryczne, oskarżeni nie mogą liczyć na współdziałanie z profesjonalnym pełnomocnikiem, dowody są fabrykowane… Wszystkie te elementy zaistniały w procesie dwóch 25-latków: Dźmitrija Kanawałau i Uładzisłau Kawalio zostali rozstrzelani po tym, jak sąd orzekł, że podłożyli bomby w mińskim metrze w kwietniu 2011 r.). Organizacje broniące praw człowieka sygnalizowały wiele nieprawidłowości, co jednak nie wpłynęło na odroczenie terminu egzekucji. Ciał chłopców nie wydano rodzinie – władze odmawiają im prawa do uzyskania informacji, gdzie pochowano rozstrzelanych.
Portal internetowy telewizji Biełsat napisał niedawno o nowej praktyce białoruskich władz, które unikają wnoszenia spraw karnych przeciwko młodym opozycjonistom, a zamiast tego nękają ich aresztami administracyjnymi. Osoby odbywające karę w aresztach nie są więźniami politycznymi, a więc nie figurują w niewygodnych dla władzy statystykach. Białoruskie organizacje apelują, by międzynarodowe instytucje uznały odbywających kary aresztów administracyjnych za więźniów politycznych. Inną ugruntowana praktyką jest stosowanie wobec opozycjonistów aresztów prewencyjnych, które są stałym elementem poprzedzającym wizytę jakiegoś ważnego gościa, gdy tylko zaistnieje obawa, że jakiś wyraz społecznego niezadowolenia mógłby rzucić cień na radość spowodowaną wizyta oficjela.
Tworzenie podporządkowanego mińskim władzom związku Polaków i szykanowanie tego nieakceptowanego, ale reprezentującego autentyczne interesy Polaków związku? Uniemożliwianie wyjazdów zagranicznych opozycjonistom, wyrzucanie ich ze studiów pod byle pozorem? Umarzanie spraw o pobicie opozycjonisty w związku z niemożnością ustalenia sprawcy – czy to wszystko znalazło się na liście tematów, o których białoruscy specjaliści opowiedzą swoim chińskim kolegom? Istnieje obawa, że takie badania zajmą bardzo wiele czasu, bo i Chiny mają sporo doświadczeń, którymi mogą się podzielić – więcej w nich krwi, zaginięć bez śladu, dotkliwych pobić. Ile egzekucji odbywa się rokrocznie w Chinach – można tylko domniemywać, jako że brak wiarygodnych danych da ten temat. Wiadomo, że Chiny dokonują więcej egzekucji, niż wszystkie inne kraje świata razem wzięte, jednak dane takie są objęte tajemnicą państwową.
Jak w świetle tego wszystkiego ma brzmieć wypowiedź Viktora Guminskiego, który powiedział na spotkaniu, że „temat praw człowieka nie należy do łatwych. Wiadomo jednak, że prowadziliście [Chińczycy – M.K.] nad tym pogłębione badania i zdobyliście cenne doświadczenia”. Równie uprzejmy był chiński gość, który podkreślił, że szacunek dla praw człowieka odzwierciedla ducha naszych czasów.
Przedstawiciel Białorusi i Chin potępili inne państwa, które zarzucają im, że prawa człowieka nie są u nich przestrzegane. Prelegenci nie mogą się z takimi insynuacjami zgodzić, jako że prawa człowieka są chronione nawet na poziomie konstytucyjnym. Wezwali inne państwa, aby zaniechały ingerencji i zajęły się własnym podwórkiem.
Nie do końca rozumiem pomysł, jak przyświeca inicjatorom wspólnych badań. Czy chcą oni odwrócić uwagę świata od wagi problemu? Wątpię, przecież na pewno rozumieją, że dane, organizacje pozarządowe i opowieści opozycjonistów – nie kłamią i oba kraje mają doświadczenie w dziedzinie praw człowieka, ale takie, które można ująć w podręczniku: „Tego robić nie wolno”. Próba współpracy to manifestacja – nie potrzeba nam zewnętrznej ingerencji, doskonale sobie poradzimy z problemem własnymi siłami, a w kole wzajemnej adoracji będziemy się nawzajem przekonywać, że nie jest źle. A że to wszystko brzmi kuriozalnie – cóż, gdyby tylko z takimi problemami na co dzień zmagały się oba reżimy!