Konserwatywna Irlandia złagodzi prawo antyaborcyjne. Parlamentarzyści chcą jasno określić, kiedy kobieta może jej zażądać. Irlandczyków poruszyła historia 31-latki, która zmarła cztery dni po poronieniu. Nie przeprowadzono jej aborcji, mimo że testy potwierdziły, że płód umiera.
REKLAMA
Zmiany w przepisach zapowiedział irlandzki rząd. Nowe przepisy mają zapewnić jasność zasad, którymi mają kierować się lekarze decydujący o tym, czy aborcja jest zasadna. Choć w Irlandii można przeprowadzać ją w przypadku istotnego zagrożenia życia kobiety, w praktyce prawo pozostaje martwe. Nigdy nie wprowadzono bowiem przepisów, które pozwalają szczegółowo określić, jakie warunki muszą być spełnione, by aborcję uznano za zasadną.
Na konieczność uregulowania tej kwestii uwagę zwracał już w 1992 roku irlandzki Sąd Najwyższy. Rozpatrywał on wówczas sprawę 14-latki, która w wyniku gwałtu zaszła w ciążę i groziła odebraniem sobie życia. Dziewczynka dokonała aborcji w Wielkiej Brytanii. Od tego czasu podobnie postąpiło już wiele Irlandek.
Sprawa dzieli jednak samych mieszkańców. W kraju, gdzie zdecydowana większość obywateli to katolicy, przeprowadzano już kilka referendów w tej sprawie. W 1983 roku obywatele uznali, że matka i dziecko mają równe prawo do życia. Dziewiętnaście lat później nie zgodzili się jednak na poprawkę, która miałaby zlikwidować groźbę samobójstwa jako zagrożenie dla życia matki.
Wielka dyskusja o przepisach aborcyjnych rozpoczęła się na nowo po tym, jak media obiegła informacja o 31-letniej kobiecie, która zmarła po tym, jak odmówiono jej aborcji. Mimo że płód był martwy już w 17 tygodniu ciąży, kobieta nie mogła jej przerwać. Po poronieniu zachorowała na posocznicę.
źródło: BBC
