Stało się! Piotr Semka ogłosił śmierć „Kościoła łagiewnickiego”, który żył efektownie i elegancko, ale krótko – jakieś 6 lat od jego odkrycia przez Jana M. Rokity. Pamiętam to „poruszenie” i zachwyt (głownie dziennikarzy), że wreszcie „Kościół się przełamał”. Było to chyba w styczniu 2006 roku kiedy po „rekolekcjach ” jakaś setka parlamentarzystów PO spotkała się z kard. Dziwiszem, a ponieważ obie strony nie szczędziły sobie miłych słów to po zakończeniu „duszpasterskiej wizyty” (tym razem PO na Franciszkańskiej) ówczesny wicelider partii powiedział wprost: ”Niech w Polsce wygra „katolicyzm łagiewnicki” zamiast „toruńskiego”. No i wieść o tym „nowym, wspaniałym Kościele” poszła w lud.
Na śmierć Kościoła łagiewnickiego
REKLAMA
Dziennikarze zaczęli szukać kto w tym „łagiewnickim” Kościele jest a kogo nie ma, kto go popiera, a kto się go boi niczym, sorry za przywołanie właśnie tego powiedzenia, przysłowiowy „diabeł święconej wody”. Wprawdzie Piotr Semka skupia się głównie na zakwalifikowaniem takich czy innych polityków do wybranych struktur oraz ich mniej lub bardziej wyrafinowana i ukrytą motywacjom, ale media najbardziej interesowała wówczas ewentualna układanka w Episkopacie. Pamiętam też, jak wtedy poproszono mnie o komentarz, czy się cieszę z tego odkrycia. Uważałem, że to efektowny, ale nieprawdziwy chwyt retoryczno - publicystyczny, który odbije się wszystkim czkawką. Nadto miałem niezły ubaw słuchając kto na kogo w Episkopacie (a czasem nawet samym Rzymie) ma bezpośredni wpływ. Dlaczego? Wyjaśniam od razu. Po prostu tylko ktoś kto zupełnie nie znał nikogo z otoczenia kard. Dziwisz, a całą wiedzę czerpał z kolejnych odkryć ks. Isakowicza- Zaleskiego oraz nie rozumiał niczego z mniej lub bardziej grzecznościowych zachowań polskich hierarchów (zresztą reprezentujących w tym względzie całe spectrum poglądów) mógł liczyć na wyodrębnienie się jakichś dwóch obozów, frakcji, stronnictw w Episkopacie tylko pod wpływem deklaracji politycznej jednego czy drugiego lidera. Od początku (można to sprawdzić w moich publikacjach wówczas m.in. na łamach m.in. Wprost czy Dziennika) twierdziłem, że w „Kościele łagiewnickim” wyraźnie i głośno słychać dość często toruńską rozgłośnię, zaś ten symboliczny „Kościół toruński”, jak dojdzie do wniosku, że tak trzeba pojedzie i do Łagiewnik przyklękając po drodze pod krakowska kurią na dwa kolana i pocałuje pierwszego spotkanego tam duchownego w rękę.
Nie wydaje mi się, żebym był oryginalny, ale także w określaniu swego stosunku do Kościoła część polityków, z każdej zresztą strony, stosuje zasadę wedle której „można być za a nawet przeciw”, zresztą przy milczącej akceptacji tej postawy ze strony dużej części hierarchii. Jeśli Leszek Miller uznał, że „Unia warta jest mszy” to nie zrobił tego z racji wspomnienia ministrantury w dzieciństwie, ale politycznego wyrachowania. Podobnie zamiana krytyki Kościoła i jego zaangażowania w politykę ze strony Jarosława Kaczyńskiego z lat 90-tych ustąpiła najpierw fascynacji a dziś wręcz heroicznej obronie tegoż samego Kościoła przed oczywiście politycznymi oponentami a nie jakimiś antychrześcijańskimi siłami w Polsce. A o. Rydzyk, jeszcze niedawno uważany za rosyjskiego agenta wpływu, dziś w ustach Jarosława Kaczyńskiego urasta do roli męża opatrznościowego. Także Donald Tusk przeszedł zmianę w postrzeganiu i myśleniu o Kościele. Zaczynał od krytycznego a czasem otwarcie niechętnego Kościołowi środowiska liberałów żeby parę lat temu wyraźnie docenić rolę i miejsce Kościoła ale też, przyznać to trzeba, ostatnio wrócił do hasła, że „nie będzie klękał przed księdzem”, zaznaczając przy tym przynajmniej gdzie jest właściwe miejsce do klękania. Jeszcze lepiej radzą sobie ludowcy, najmocniej zbratani z Kościołem na poziomie parafialnym co, jak mi tłumaczył niedawno jeden z nich, każdej ze stron wychodzi na zdrowie i pożytek.
Ten powierzchowny przegląd relacji państwo – Kościół to raczej próba zarysowania doraźnych emocji jakie rządzą stosunkiem tronu do ołtarza. Na tej podstawie bałbym się jednak wyrokować co naprawdę siedzi w duszy takiego czy innego polityka. Wierzę jednak, że mają każdego dnia przed swoimi oczami biblijne wezwanie „zdaj sprawę ze swego włodarstwa” i szczerze troszczą się, żeby nie zostać na ten dzień z pustymi rękami.
Ogłaszanie narodzenia czy śmierci takiej lub innej wersji Kościoła jakoś nie powoduje we mnie większych emocji. Jestem wręcz przekonany, ze nie raz jeszcze będziemy świadkami instrumentalnego traktowania Kościoła, tak przez polityków jak i publicystów. Rzecz w tym, żeby w to nie wierzyć jak w prawdę objawioną tylko potraktować tak, jak na to zasługuje, z dystansem. Dlatego z taka samą rezerwą przyjmuje informacje o triumfie „polskiej armii zbawienia” prowadzonej dziś (jak się zdaje) głownie pod hasłami bogoojczyźnianymi jak i o wymarciu lub przynajmniej zdziesiątkowaniu tych szeregów „otwartych i postępowych”.
A poza tym, ci, których śmierć inni ogłaszają przedwcześnie zwykle żyją długo, czego sobie i innym życzę.
