Średnia wartość samochodów jeżdżących po ulicach (a raczej bezdrożach) stołecznej Juby oraz najbliższych okolic grubo przekracza europejską średnią. Królują Land Cruisery w najbardziej luksusowych wersjach, niemal bliźniacze Toyoty Prado i Nissany Patrole. Obowiązkowo przyciemniane szyby i błyszczące w sudańskim słońcu przez okrągły rok aluminiowe relingi.
REKLAMA
Ciekawostką są kolorowe litery na miejscowych tablicach rejestracyjnych: niebieskie oznaczają auta w służbie różnych agend ONZ-u, zielone to flota wspomagająca działające tu kilkaset NGO-sów a przybywające w szybkim tempie, ale nieznane poza stolicą, czerwone litery to samochody kolejnych przedstawicielstw dyplomatycznych. Do tego dochodzą jeszcze odrębne rejestracje dla wojska i policji oraz floty rządowej, wcale nie tak małej jakby się wydawało.
Co łączy tę feerię rejestracyjnych kolorów? Ano fakt, że każdy z posiadaczy takiego auta zwykle patrzy na sudańską rzeczywistość z wysokości SUV-a i mimo niezliczonych dziur i wertepów w miarę szybko przemieszcza się do celu. Ta sytuacja wywołuje u miejscowych przekonanie, że każdy obcokrajowiec przyjechał tu jako przedstawiciel jakiegoś kraju, wielkiej firmy marzącej o równie wielkich inwestycjach a przynajmniej ma z sobą walizkę pieniędzy.
Zaczyna się od formalności: wiza za sto dolców, zezwolenie na pracę (jeśli na wozie urzędnik umieści nawet wbrew twojej woli jako cel podróży pracę, choćby na rzecz jakiejś religijnej czy charytatywnej organizacji) kolejne 50 dolarów. Niebotycznie drogie (i w zasadzie bardzo swobodnie traktujące rozkład lotów) połączenia wewnętrzne i drogie hotele pozbawiają cię gotówki w błyskawicznym tempie.
W całej Jubie funkcjonuje zaledwie kilka bankomatów (jeden z nich, dość blisko lotniska znalazłem przypadkowo, jakby nikomu nie zależało na jego funkcjonowaniu), za to każdy chętnie wymieni dolary i euro na miejscowe funty po dość umownej cenie, uzależnionej często od stanu wiedzy zagranicznego klienta.
Z okazji Dnia Niepodległości zawisły przy najważniejszych ulicach stolicy zawisły okolicznościowe bilbordy. Na jednych widnieją gratulacje i najlepsze życzenia dla prezydenta kraju od różnych państwowych instytucji i agend. Na innych, sam Salva Kiir Mayardit w kapeluszu na głowie, ponoć prezencie jaki otrzymał jako pierwszy prezydent noweo niepodległego państwa od Georga Buscha, dziękuje wszystkim zapowiadając za trzy lata sukcesu. Pytam znajomego co się udało przez ten okres osiągnąć Południowemu Sudanowi i słyszę, że dla samego prezydenta pochodzącego z plemienia Dinka sukcesem jest wycięcie głównego konkurenta.
Niemal dokładnie rok temu prezydent Kiir pozbawił stanowiska wiceprezydenta swojego politycznego rywala Rieka Machara, który zarzucał mu dyktatorskie skłonności i niegospodarność. Przez parę miesięcy państwu groziła kolejna wojna domowa.
Czy coś się zmieniło? Mój rozmówca kwituje to kręceniem głową i klepnięciem ręką po kieszeni. Korupcja jest nadal niewyobrażalna, bez układów nie można praktycznie niczego zrobić a kariera w polityce, po przepędzeniu reprezentujące drugie co do wielkości plemię Nuerów Machara, właściwie zależy od Twojego wzrostu. I z ironią, wskazując na bilbord z prezydentem w kapeluszu, kończy: widzisz to? Miało być "from bush to Bush", ale chyba jeszcze zostaliśmy dalej w buszu.
