
Przy okazji rocznicy niepodległości prezydent Salva Kiir Mayardit, oczywiście w kapeluszu na głowie, objeżdża najważniejsze i największe miasta Południowego Sudanu. Czekając na stołecznym lotnisku na lot do Rumbek, jednego z dwóch największych po Jubie miast, słyszę najpierw kakofonię dźwięków i sygnałów. Po chwili nadjeżdża kawalkada motocykli otaczających wielką terenówkę. To znak, że prezydent udaje się w gospodarską podróż na prowincję.
REKLAMA
Zanim przyleci do Rumbek wyrównają tam główną drogę, pomalują na biało pnie drzew i uporządkują teren wokół tyle co zbudowanego szpitala. Sam szpital na tle dość szarego, a raczej czerwonego od koloru nawierzchni dróg kurzu, otoczenia olśniewa nowością i bielą ścian. Na zewnątrz pod każdym oknem klimatyzatory, a wszystko wygląda jak z innego świata. Kiedy się zachwycam, że nawet na prowincji widać zmiany i postęp Sal, mieszkający i pracujący jako misjonarz w różnych krajach Afryki niemal od pół wieku, studzi moje emocje. Nie dość, że całość nie jest zakończona, to np. klimatyzatory to generalnie dobra sprawa tylko problemem jest permanentny brak prądu, występujący tu niemal każdego dnia. Podobnie z drogą: wyremontowany odcinek zaczyna się na lotnisku i kończy przy Placu Niepodległości, a z pieniędzy przeznaczonych na przygotowanie miasta na wizytę prezydenta sporo zamiast na wyrównanie innych dróg wydano na zbudowanie monstrualnego muru okalającego główny miejski plac.
Sal tłumaczy mi, że choć w tym roku Rumbek dostał ok. 3 mln. południowosudańskich funtów (czyli trochę więcej niż 700 tys dolarów) to na inwestycje poszło góra 30 procent tej sumy. Reszta wylądowała w kieszeniach miejscowych notabli, skorumpowanych firm i kluczowych decydentów. Zresztą przekonanie, że jak się jest na urzędzie albo w mundurze to wolno wszystko przenosi się też na inne wymiary życia. Joe, Amerykanin, który tu właśnie postanowił szukać szczęścia, otworzył pub i dla zachęty zrobił popołudniowe Happy Hour sprzedając tańsze piwo. Początkowo klienci dopisywali, ale szybko zaczęły przyjeżdżać oddziały wojska i policji żądając trunków za darmo, bo przecież są na służbie. Pub musiał zostać chwilowo zamknięty, a po ponownym otwarciu właściciele zakazali wchodzenia doń z bronią. "to się nazywa nowy model biznesowy" śmieje się Joe.
Chrześcijańskie południe za swój urzędowy język przyjęło angielski, ale jego znajomość niczego ci nie gwarantuje. W kilku miejscach (tak jak w Rumbek) przy okazji misji katolickich prowadzona jest nauka miejscowego języka plemienia Dinka. Jego alfabet, z pozoru zachowujący zapis łaciński, zarówno w piśmie jak i brzmieniu trochę się różni. Nadal też podstawowym podręcznikiem do jego nauki zostaje opracowany i wydany ponad pół wieku temu dość prosty podręcznik. Z niego uczą się zarówno misjonarze podejmujący tu pracę jak i dzieci, jeśli tylko ich ojcowie zgodzą się aby poszły do szkoły.
Szybko się przekonuję, że bez kogoś z miejscowych tłumaczy nie dowiem się niczego. Petro pracujący w miejscowym stanowym parlamencie oraz będący na misji katechistą i tłumaczem zabiera mnie na targ krów i objazd miasta. Wbrew pozorom nie jest ono jednolite. W wielu miejscach zamiast lokalnego narzecza słyszę arabski. To język wielu handlarzy i oczywiście miejscowych muzułmanów. Widać go także na niektórych znakach i szyldach. Petro, sam nie znający arabskiego, pytany o obecność arabskiego i wpływ islamu w Południowym Sudanie deklaruje, że nie widzi w tym nic złego, ale zaraz przytomnie zauważa: kiedy parę lat temu głosowaliśmy za niepodległością liczyliśmy, że muzułmanie i arabski zostaną po drugiej stronie granicy, na północy, a teraz choć jest ich mniej niż 5 procent mieszkańców to jednak zdominowali handel. I kończy dodając: dobrze, że już swojego prawa nie narzucają.
Zmieniając temat pytam Petro, gdzie mogę zobaczyć jak żyją ludzie Dinka. "Musisz pojechać do buszu i obozu dla krów. Tam żyją prawdziwi ludzie Dinka.
