Jestem właśnie takim niedzielnym kibicem. Na co dzień futbol jakoś mnie nie zajmuje. Nie mam karty stałego kibica, chodzę na stadiony od wielkiego święta, raczej bardziej towarzysko niż jako fan futbolu. Niemniej, pamiętam z dzieciństwa, że mój pierwszy świadomy kontakt z wielkim światem sportu miał miejsce dzięki zakupionemu niewiele wcześniej przez rodzicieli telewizorowi w czasie Igrzysk Olimpijskich w Monachium i to podczas pamiętnego finału, kiedy Polacy zdobyli olimpijskie złoto. Potem był MŚ w 1974 r. i euforia po każdej bramce Deyny, Laty, Szarmacha, czy fantastycznej obronie Tomaszewskiego.
REKLAMA
Przypominam te „sceny z dzieciństwa”, bo pamiętam jaką frajda było choćby uczenie się nazwisk polskich i nie-polskich zawodników na pamięć po numerkach na koszulkach, jak z kolegami zbieraliśmy drukowane na ostatniej stronie chyba tygodnika „Razem” kolorowe zdjęcia drużyn, żeby potem dumnie wieszać je na ścianach swoich pokoi. A potem, choć byliśmy małymi bajtlami, to podczas meczu ojcom podpowiadaliśmy kto jest przy piłce pamiętając jednak, że ostatnie słowo należy do Jana Ciszewskiego. Wczoraj nawet trochę się tak poczułem kiedy siedzący obok nas mały Bruno, na oko jakiś 7 latek, bezbłędnie poprawiał nas gdy myliliśmy Obraniaka z Rybusem, czy Polańskim.
Czemu o tym pisze? Bo przypomniało mi się to wczoraj kiedy znalazłem się wśród prawie 60 tysięcy kibiców na Narodowym i zobaczyłem naprawdę fajne widowisko, zarówno na boisku jak i na trybunach, a kiedy zaśpiewali hymn wiedziałem, że zaraz zwyczajnie zwariuję i zacznę zachowywać się nieracjonalnie. I wtedy minęły mi też wyrzuty sumienia, że zajmuję miejsce prawdziwemu kibicowi. Przyznaję, że wcześniej nie zabiegałem o bilety, bo zdawało mi się, że mnie to „nie ruszy”. Jednak kiedy tydzień temu dostałem najpierw bilet na mecz z Rosją, a dzień potem „dobry wujek” zaprosił mnie na otwarcie i mecz z Grekami byłem autentycznie w siódmym niebie. Ale najlepsze miało mnie spotkać wczoraj.
Świetna i kulturalna atmosfera, znakomita gra w pierwszej połowie i szczęśliwy (mimo wszystko) koniec meczu, uśmiechnięci ludzie, tak przed i jak i po meczu. Kolorowe w sumie miasto witające przyjezdnych gościnnie i serdecznie (dziś na Centralnym byłem zaskoczony nie tylko wyglądem dworca, ale widząc sytuację w jakiej znalazło się kilku Irlandczyków łatwo zauważyłem miła i kompetentną obsługę w kasach i obecność niemal wszędzie, służących pomocą wolontariuszy) , a do tego Polacy uśmiechnięci, pogodni, kolorowi.
Świetna i kulturalna atmosfera, znakomita gra w pierwszej połowie i szczęśliwy (mimo wszystko) koniec meczu, uśmiechnięci ludzie, tak przed i jak i po meczu. Kolorowe w sumie miasto witające przyjezdnych gościnnie i serdecznie (dziś na Centralnym byłem zaskoczony nie tylko wyglądem dworca, ale widząc sytuację w jakiej znalazło się kilku Irlandczyków łatwo zauważyłem miła i kompetentną obsługę w kasach i obecność niemal wszędzie, służących pomocą wolontariuszy) , a do tego Polacy uśmiechnięci, pogodni, kolorowi.
Nie wiem, czy po mistrzostwach będę chodził na mecze, czy stanę się prawdziwym kibicem, jak mój młodszy brat, który wczoraj zaliczył najpierw zwyczajny dzień w swojej pracy, a później chyba razem z córkami trening Włochów na Cracovii, a wieczorne spotkanie Rosjan i Czechów oglądanie w fanzonie na Błoniach. Może i ja połknę bakcyla prawdziwego kibicowania, ale najbardziej chciałbym, żeby to uczucie radości i sukcesu, jakie nam dziś towarzyszy kiedy czytamy o tym jak nas widza i chwalą, zostały także po EURO.
