Właściwie to tylko czekałem kiedy temat „religijny” zostanie sprytnie włączony do EURO. Sądziłem wprawdzie, że będzie to głównie narzekanie prawicowej blogosfery, że katolicy są ograniczani w swoich prawach (słynny zapis z regulaminu UEFA o zakazie stosowania na stadionach symboli religijnych, choć w tym samym czasie i pod czujnym okiem UEFA-owskiej rodziny na stadionach święcono kaplice a nawet murawy). Dalszą część narzekań można było sobie już samemu dośpiewać: wszyscy przeciwko nam to dlatego nam nie idzie. Ale stał się cud! Dla niektórych prawdziwy – Tytoń zaczął swoją nieoczekiwaną i wymuszoną bytność na boisku od uklęknięcia w bramce i modlitwy.

REKLAMA
Ale to może jeszcze uszłoby bez echa gdyby nie fenomenalna obrona karnego i zarówno jego osobiste przekonanie jak i wpis Kardynała Dziwisz, że pomógł mu nie kto inny jak tylko „najświętszy bramkarz wśród świętych i najlepszy święty wśród bramkarzy”, czyli Jan Paweł II.
Wtedy przypomniała mi się przy okazji niedawna rozmowa z Tomaszem Zimochem, że potencjalnym i naturalnym „patronem” piłkarskiego EURO może być dzięki swojej bramkarskiej przeszłości tylko Jan Paweł II. No bo kto inny z beatyfikowanych tak haratał w gałę jak Karol? Tylko, że mój problem polega na tym, ze podczas meczu generalnie większą wiarę pokładam w nogach i umiejętnościach piłkarzy niż w cudownej interwencji niebios, choćby i samego JP2. Cóż, na boisku jestem małej wiary bo przecież nie można potem skarżyć się i uważać, że nie wyszło nam tylko dlatego, że któryś z piłkarzy zapomniał odmówić porannego pacierza, albo – co gorsza – Pan Bóg zwyczajnie bardziej kogoś od nas lubi.
Ale to co miało być tylko „akcentem” w czasie mistrzostw niebezpiecznie urasta do rangi sygnału do kpiny z jednej, a z drugiej strony zrzucenia wszystkiego na „pomoc z nieba”. Kiedy jedni uważają całkowicie poważnie, że piłkarze mogą odrodzić religijne poczucie katolickiej tożsamości naszych kobico-rodaków (polecam teksty i wpisy na frondzie i w salonie24), a nawet z ust ostatnio zapomnianego Mariana Piłki (w Rzepie) płynie podpowiedź komu kibicować wedle klucza religijnego (co ciekawe, ten religijny wyznacznik do kogo katolikowi bliżej jakoś nie obowiązuje w przypadku Rosjan), inni uważają każdy przejaw religijności na boisku za obciach (dla odmiany zajrzyjcie do blogów Newsweeka). Tylko, że mało kto w tym całym zamieszaniu zauważa, ze tzw. wiara kibica (o osobistych wyborach samych zawodników za chwile) jest z gruntu lekko pogańska. Opiera się najczęściej na zasadzie „do ut des”, a więc „coś za coś”. W momencie zagrożenia kibic klęczący przed telewizorem gotów jest przecież dla szczęścia swojej drużyny i własnej radości obiecać Panu Bogu wszystko. Czasem nawet nie jest w stanie kontrolować co i jak mówi, nie dziwota więc, że święte imiona zamieniają się miejscami z zaklęciami godnymi afrykańskiego czarodzieja. Po meczu zwykle wszystko szybko mija, wraz z odesłaniem w niepamięć, który z zawodników tańczył w rytm rytuału voo-doo a który padł na kolanach i szczerze (mam nadzieję) modlił się nie zważając na tysiące albo i miliony wpatrzonych weń oczu. Bo osobiste przekonanie, kto poza dobrym przygotowaniem, piłkarzowi pomógł to często właśnie emanacja jego wiary. To często również odbicie zwyczajnych wahań, które dopiero przez odniesienie do siły wyższej ustępują pewności i stanowczości. Jak ktoś chce tłumaczyć to psychologią to niech tak sobie tłumaczy, ale w większości przypadków piłkarze całkiem naturalnie mówią właśnie o Bogu i tylko intelektualny burak może się z tego śmiać. Wątpiącym polecam wyznania wiary Błaszczykowskiego czy Lewandowskiego w akcji „nie wstydzę się Jezusa” (http://www.mt1033.pl/) , które w głowie niejednego młodego adepta piłkarstwa marzącego w wielkiej karierze zrobiło więcej niż wszystkie kazania i katechezy razem wzięte.
Z drugiej zaś strony przeciwne opinie (jak ta z newsweekowego bloga) zwyczajnie mnie śmieszą także dlatego, że jakoś nie słyszałem, żeby ów słynny bloger wyśmiewał kiedy Damien Perquis odtańczył voodoo’wski taniec po zdobyciu bramki w meczu ze Słowacją. Ale jak mu mało mam parę propozycji: niech pożartuje z reprezentanta Niemiec Mesuta Özila czytającego nie tylko przed każdym meczem ale nawet treningiem fragment Koranu, a jeśli chce tropić katolickich fanatyków to podpowiadam: może pośmieje się z bramkarza Irlandii Shay’a Givena, który ma zwyczaj przynoszenia na każdy mecz i umieszczania w bramce buteleczkę z …wodą święconą?
Czasem myśle, że kiedy kibic na kolanach zachowuje się dziwnie (ba, nawet pogańsko) to także dlatego, że takim zachowaniem leczy swoje sportowe kompleksy i zwyczajny brak wiary w swoją drużynę. Ale mam wrażenie, że ci, którzy się z wiary pokazanej także na boisku się śmieją na swoje kompleksy łatwo lekarstwa nie znajdą.