„A czy na Wielki Piątek Lis opublikuje tekst o kebabie?” zapytał mnie zaraz po starcie naTemat.pl kolega „po fachu” z jednej z warszawskich parafii. Nawet nie miałem pojęcia skąd to skojarzenie, aż wczoraj dowiedziałem się o „parówkagate”, która miała miejsce w Środę Popielcową, co pewnie część czytelników (a może i nawet jakiś ważny hierarcha) zaraz uznają za zamierzoną prowokację.

REKLAMA
A przecież czas najbliższych 40 dni raczej powinien skłaniać do refleksji nad postem i wyrzeczeniem (choć, bo ja wiem, gdyby tak zbadać zawartość mięsa w parówkach sprzedawanych w różnych miejscach to jeszcze się okaże, że to postne danie) w wymiarze religijnym i indywidualnym. Tylko nie róbmy z tego ani zawodów ani spektaklu.
No więc czekam aż ktoś zajmie się kebabami a ja zajmę się teraz postem. Tym prawdziwym, chrześcijańskim, a nie jakimiś dietami czy innym nowoczesnym „duchowym fitnessem”.
Dla mnie problem polega nie na tym, że dziś ludzie nie chcą pościć, albo demonstracyjnie obżerają się mięsem w piątki czy Środę Popielcową, ale w fakcie, że post uznawany jest za coś wstydliwego, staroświeckiego i wręcz śmiesznego lub zostaje sprowadzony jedynie do wymiaru cielesnego. Odmówić sobie mięsa w piątek to w niektórych środowiskach wręcz obciach, ale już iść na sushi, zasmakować w daniach wegetariańskich czy ogłosić się wręcz weganem (nie mam nic brzydkiego na myśli, ale od jednej poważnej dziennikarki usłyszałem, że to w modzie) to nie tylko propagowanie zdrowego stylu życia ale wręcz deklaracja światopoglądowo-kulturowa, a więc coś extra i super!
Czy nie jest paradoksem, że współczesny człowiek (przyznaje, raczej ten umiarkowanie religijny) przełknie wydatek setek jeśli nie tysięcy złotych na podejrzane diety i ćwiczenia, a nie skorzysta z tego co daje tradycja i kościelne przykazanie. Nie pościmy czasem tylko dlatego, żeby nikt nie zapytał czy nie robimy tego właśnie z pobudek religijnych. Co innego być na diecie…
A czas Wielkiego Postu to także znakomity moment na połączenie troski o „ducha i ciało” w jedno. Nikomu, kto wierzący, nie zaszkodzi więcej modlitwy i jakaś rezygnacja z tego co jest jakąś szczególna rozrywką a dodatkowo sprawdzimy naszą silna wolę. Ale też samo poszczenie musi spełnić ewangeliczne wymaganie, żeby nie robić tego „przed ludźmi” ale jak radzi Jezus „w swojej izdebce”, dlatego śmieszą mnie ci katolicy, którzy wyrażają oburzenie, że w Wigilię Kościół dopuścił jedzenie mięsa (którego oczywiście w geście protestu w tym dniu do ust nie wezmą), ale sami zajadają się wyszukanymi frutti di mare czy egzotyczną rybą co do najtańszych rozrywek kulinarnych przecież nie należy.
Dlatego zaskoczyła mnie Magda Gessler zapytana przez o. Gużyńskiego na antenie religia.tv o „postną kuchnię” deklaracją, że ona choć sama nie jest osobą wierzącą, to lubi te ograniczenia, bo świąteczne potrawy sprawiają lekko wygłodzonemu organizmowi większą radość, także w wymiarze fizycznym.
No właśnie, post musi wiązać się z odmówieniem sobie jakiejś przyjemności. W wymiarze religijnym powinien zawsze łączyć się z modlitwą i jałmużną, czyli gotowością podzielenia się także swoimi dobrami czy możliwościami finansowymi. Jeśli miałby być tylko pokazówką czy jakimś samoudręczeniem lepiej dać sobie spokój i może inaczej dążyć do doskonałości.
Wielki Post to szansa, i choć na końcu nie chodzi o mniejszy brzuch czy piękniejszą sylwetkę ale o to co zostanie we wnętrzu człowieka i czym podzielimy się z bliźnim, to jednak warto się sprawdzić, czego sobie i każdemu serdecznie życzę.
PS.
jeśli komuś brakuję inspiracji czy pomysłu polecam akcję zainicjowaną przez religia.tv (szczegóły: http://religia.tv/index.php?typ=post&id=500 )