Czasem słyszę, że jak chodzi o kulturę polityczną to daleko nam do Ameryki, tej wyśnionej pod tym względem dla wielu Polaków Ziemi Obiecanej, gdzie wybrany prezydent informuje swoich o telefonie do konkurenta i rozmowie, podczas której radził się jak rządzić, a przegrany odwdzięcza się zapewnieniem o modlitwie i spokojnie jedzie (już bez obstawy) na najbliższa stację benzynową zatankować samochód dając tym samym dowód, że wszystko jest ok.
REKLAMA
Tymczasem, tydzień po amerykańskich wyborach mogłem się przekonać, że wszystko, a dokładniej towarzyszące polityce emocje są dokładnie takie same jak nad Wisłą. No, jak się okazuje prawie takie same, a prawie robi jednak różnicę.
Moi znajomi, od dziadka do wnuka zagorzali wyborcy Partii Republikańskiej, delikatnie podpytują mnie, czy się nie dziwiłem jak nagle, w środku nocy, proporcje głosów zmieniły się na korzyść Obamy. Dziwi ich nie tylko fakt, że ich kandydat przegrał, ale że przegrał „tak bardzo”, a maszyny do liczenia głosów nie były amerykańskie tylko „od jakiejś hiszpańskiej firmy sponsorowanej przez Sorosa”.
Kiedy zauważam, że w bezwzględnych głosach porażka Romneya nie była aż tak bolesna słyszę: ci przeklęci politycy wymyślili system, żeby nas okłamywać. Fakt, przypominam, wymyślili, ale 200 lat temu i niedawno akurat ten system zadziałał na korzyść republikanów, kiedy wygrał młody Bush. Moich znajomych dziwi fakt, że mało się mówiło o podejrzanym pochodzeniu Obamy i czarnych dziurach w jego życiorysie (Pani domu: a wiesz, że u nas już nie wolno używać słowa czarny?). Ogólnie moi znajomi są przekonani, że wybrano człowieka: nieodpowiedniego, przez przypadek, w wyniku fałszerstw albo co najmniej nadużyć, zwolennika komunizmu i przyjaciela Putina (przecież każdy widział jak umawiali się jak mają razem rządzić światem).
Przegrał natomiast nie tylko mąż opatrznościowy, ale też człowiek prawy, dobry ojciec, chrześcijanin (przecież jest mormonem, przypominam, ale słyszę, że to i tak lepiej niż ten „muzułmanin Obama”), no i człowiek wielkiego sukcesu, który Amerykę ekonomicznie postawiłby na nogi, przestał ich zadłużać, a nam zniósł wreszcie te wizy.
Ze znajomymi siedzimy przy stole w jednym z małych miasteczek Wschodniego Wybrzeża, gdzie demokraci wzięli dosłownie wszystko (głos od stołu: fakt, niektórzy sąsiedzi patrzą na nas dziwnie, że głosowaliśmy za Romneyem, ale nie oglądamy się na to, co kto nam da za darmo tylko ciężko pracujemy!). Choć do Święta Dziękczynienia jest jeszcze parę dni, na stole ląduje indyk i dowiaduję się, że to najprawdziwszy amerykański indyk!
Dyskutujemy z ich sąsiadami o tym, co teraz będzie, skoro tyle (wyborczych) nieszczęść spadło na ich kraj i generalnie żyje się coraz gorzej. Zbytniego optymizmu nie ma, wyborcza porażka boli. Im dłużej słyszę te narzekania tym bardziej uświadamiam sobie, że gdzieś to już wszystko słyszałem. I kiedy znowu wyląduję na polskiej ziemi usłyszę na nowo, ze zdwojoną siłą.
I nagle, sympatyczny gospodarz kończy dyskusję: Obama Obamą, ale Ameryka to my. I jeszcze mu pokażemy, kto tu rządzi.
No, tak zdecydowanie coś nas od Amerykanów różni.
