Nawet krótki pobyt na terenie byłego ZSRR pokazuje, że część tamtejszej Polonii traktuje Polskę i bycie Polakiem jako sposób na życie.

REKLAMA
Pół biedy jeśli w czasach komunistycznych byli ludźmi, którzy za przyznawanie się do swojej polskiej narodowości płacili często wysoka cenę. Niestety, spośród działaczy polonijnych, także tych na Syberii, spora część za władzy radzieckiej pracowała w milicji, wojsku czy tzw. organizacjach kulturalno – oświatowych.
Jaki był ich profil i rzeczywiste zadania można sobie z łatwością wyobrazić. Na pewno krzewienie polskiej kultury i tradycji, nie mówiąc już o wierze ojców do podstawowych zajęć nie należało. Po upadku ZSRR bycie Polakiem stało się dla wielu znakiem rozpoznawczym i metoda na zmianę swojego życia.
Nowe organizacje polonijne, które powstawały jak przysłowiowe grzyby po deszczu, potrzebowały liderów i dobrych organizatorów. Można retorycznie i ironicznie zapytać któż nadawał się do tego lepiej niż były pracownik milicji, opiekun klubu sportowego czy działacz młodzieżowy z czasów pociągów przyjaźni. Ludzie ci szybko także zauważyli, że Polska potrzebuje profesjonalnych działaczy polonijnych i gotowa jest za ich zaistnienie w świadomości i na mapie konkretnego kraju dobrze zapłacić.
Wspólnota Polska najpierw, a potem różne fundacje, w tym rządowa Pomoc Polakom na Wschodzie, oraz wspominane tu jak najlepiej Biuro Polonijne Senatu szerokim gestem rozdawało pieniądze na działalność oświatową, zakup lokali czy ich wyposażenie oraz cele statutowe miejscowych organizacji. Dla wielu bycie Polakiem stało się zwyczajnym zawodem. Oni tez często są jedyna wyrocznią w kwestiach przyznawania karty Polaka, choć sama karta to zupełnie inny i jeszcze bardziej złożony problem.
Czy to źle? Nie umiem tego powiedzieć. Wiem tylko, że gdyby wszystkie akcje pomocowe trafiły tam gdzie potrzeba np. taka Wierszyna, polska wieś na Syberii koło Irkucka, byłaby chyba najlepiej skomputeryzowaną wsią w Rosji. Tymczasem od niedawna jest tam dopiero zasięg telefonów komórkowych a Internet nadal jest w sferze marzeń i nieosiągalnych zdobyczy techniki. Dlatego chyba lepiej inwestować w ogólna infrastrukturę i stypendia kierowane do konkretnych osób niż rozdawać (niestety tak często to wygląda) pieniądze z przeświadczeniem, że jakieś straty muszą być.
Jednocześnie na Syberii nie brakuje ludzi kochających Polskę często pomimo jakichkolwiek korzeni czy związków.
Tak w Irkucku jak i Ułan Ude co roku kilkadziesiąt osób uczy się polskiego na miejscowych uniwersytetach, poznaje polską kulturę czy tradycję. Robią to, bo zwyczajnie w Polsce są zakochani. Zupełnym wyjątkiem Usole Syberyjskie, na pierwszy rzut oka jedno z najmniej „pokazowych miast” Syberii. Tam od 15 lat jest prowadzone nauczanie języka polskiego jako języka obcego w miejscowym gimnazjum. Dzieciaki mając od godziny (w młodszych klasach) do trzech nauki polskiego potrafią nie tylko znakomicie mówić w naszym języku ale także łączyć to z poznawaniem polskiej kultury i tradycji.
Obecna nauczycielka, na pierwszy rzut oka niepozorna i filigranowa pani Aneta potrafiła zainteresować Polska i naszym językiem ponad 200 dzieciaków. Podobnie jest z nauczaniem polskiego jako dodatkowego języka na wydziałach filologii rosyjskiej w państwach uniwersytetach Irkucka czy Ułan Ude. Lektorki, najczęściej młode dziewczyny, które Syberię zwyczajnie wybrały jako miejsce realizowania swojej pasji gromadzą ludzi, dla których Polska jest czymś fascynującym. Nic więc dziwnego, że obok rdzennej Buriatki - profesor genetyki czy prawniczki w Ułan Ude spotkamy na nauce polskiego robiącego doktorat fizyka, dziennikarkę miejscowej telewizji czy innych przedstawicieli tamtejszych elit.
Podobnie jest w Irkucku – rozmowa z profesorami tamtejszych uniwersytetów, którzy nie wyobrażają sobie jak z Polakami można nie mówić po polsku jest przeżyciem fascynującym. Problem natomiast w tym, że często właśnie te formy naszej kulturowej obecności w Rosji staja pod znakiem zapytania. Jak zwykle chodzi o pieniądze – łatwo rozdawane na prace oficjalnych organizacji polonijnych a dość trudno transferowane na zwyczajny polski PR i lobbing wśród miejscowych elit, lobbing będący choćby efektem systematycznego prowadzenia nauczania języka polskiego oraz prezentowania polskiej kultury w środowiskach rosyjskich.
MEN i Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego ma tu sporo do zrobienia, podobnie jak polski MSZ, który przejął ostatnio środki przeznaczone na pomoc także dla Polaków, tak „zawodowych” jak i „ideowych” w Rosji.
A teraz będzie prywata, ale ideowa: Dorota, Anita i Małgosia – to co robicie jest nie tylko fantastyczne ale i po prostu wielkie. Zwłaszcza, że czasem „polski wiatr” bardziej niż syberyjskie wichury wieje wam w prosto oczy. Trzymajcie się dziewczyny!