Prawie obudził mnie rano telefon od kard. Dziwisza. Serio. Nie żartuję. Chodziło o jakąś drobną sprawę, o której Eminencja zechciał ze mną zamienić dwa słowa. A kiedy już zakończyliśmy miłą pogawędkę, z „Rzepy” dowiedziałem się, że mamy wojnę. I to na dodatek wojnę z Kościołem. Ani Kardynał (i to ponoć najpotężniejszy w Polsce), ani tym bardziej ja o tym nie wiedzieliśmy. Chciałoby się zapytać: jak żyć, Panie Premierze, zwłaszcza, że - co ogłosił red. Terlikowski - to premier osobiście tę wojnę wypowiedział.

REKLAMA
Ale do rzeczy: na razie na wojnę w obronie Kościoła idzie Tomek Terlikowski wieszcząc zamach na wolność religijną, likwidację (pardon, redukcję – termin znany np. z komunistycznych akcji w Chinach Ludowych czy Kambodży) ordynariatu polowego, likwidacje Funduszu Kościelnego (czym PDT zasłuży sobie na portret obok Bieruta w Muzeum Reżimu PRLowskiego). No a to nie koniec. Wiemy co nas dalej czeka: zmuszanie polskich katolików do przynajmniej jednego dziecka z in vitro, nakaz posiadania w każdej redakcji jawnego związku partnerskiego, a jak ktoś ma inne poglądy to fora z partyjnego dwora. Tyle wizje Tomasza Terlikowskiego. Życie, jak zwykle, jest trochę inne: nikt nie zaprzeczy, że stosunek obecnej ekipy do tzw. spraw światopoglądowych i Kościoła jako instytucji uległ zmianie. Nie ma już rekolekcji i spotkań z biskupami. Przynajmniej nie pisze o tym Rzepa, nie pokazują obrazków miłych oku każdego katolika w takiej czy innej telewizji. Zaczęła się natomiast dyskusja, głównie o sprawach materialnych i to ona wywołuje najwięcej emocji i reakcji.
Paradoksalnie, znacznie bardziej niż ewentualna ustawa regulująca kwestie in vitro (a do dziś mamy w Polsce w tym względzie do czynienia z absolutnie wolną amerykanką, co jest najgorszym rozwiązaniem z możliwych). Podobnie jest z religią w szkole: zamiast dyskusji o tym co zrobić, żeby religia była przedmiotem oczekiwanym, chętnie uczęszczanym i przez to liczącym się najwięcej energii idzie na dyskusję o rugowaniu religii z planu lekcji, poprzez zepchnięcie odpowiedzialności (finansowej) za nią na rzecz samorządów (co zresztą tłumaczyła sama min. Szumilas). Przypomina mi się przy okazji rozmowa z jednym z warszawskich katechetów, który od lat narzeka na fakt, że musi uczyć religii właśnie w szkole. Kiedy przeczytał, że może być inaczej stał się gorliwym obrońcą takiego rozwiązania a niezbyt przekonywująca tyradę o potrzebie religii w szkole zakończył wojennym okrzykiem: tak nawet za komuny nie było, ale nie damy się!
No właśnie, pisząc o tym nie zamierzam udawać, że na linii Państwo - Kościół nic się nie dzieje, niestety wojenna retoryka zamiast dyskusji spowoduje jeszcze większe zatomizowanie coraz bardziej ostro nastawionych już do siebie stron. I jeszcze jedno: skoro Premier Tusk wyczulony jest tak bardzo na każdy przejaw głosu opinii publicznej to czytając podobne opinie i teksty np. jak ten z dzisiejszej Rzepy raczej powinien chować się w kruchcie niż iść na wojnę z Kościołem. Może więc owa wojna jest jedynie mocnym chwytem publicystycznym a nie stanem faktycznym?
Ps. Autor pragnie zadeklarować, żeby uniknąć jakichkolwiek niedopowiedzeń, że jest przeciwnikiem in vitro, aborcji i ustawowej dopuszczalności związków partnerskich. Jednocześnie nie uważa, żeby istnienie Funduszu Kościelnego, ordynariatu polowego czy nawet dalsze nauczanie religii w szkole miało zadecydować o przyszłości Kościoła.