Nie mogę wyjść ze zdumienia czytając kolejne przykłady podcinania przez ludzi Kościoła gałęzi na której sami siedzą. Pół biedy gdy w rolę tropiciela kościelnej i katolickiej ortodoksji ubiera się Tomasz Terlikowski. Znam go osobiście od lat, cenie za stałość przekonań ale też wiem, że kiedy widzi kamerę lub mikrofon doznaje jakiegoś dziwnego wzmożenia i wszędzie widzi czajce się zło, zdradę i odstępstwo od jedynej słusznej linii jaką jest jego osobista wizja Kościoła zarówno jako wspólnoty jak i instytucji.
REKLAMA
Przechodzę także do porządku dziennego kiedy tzw. konserwatywni i niepokorni publicyści biadolą nad moim upadkiem czego najlepszym i najbardziej widocznym przykładem jest brak u mnie koloratki. Wprawdzie niektórym mógłbym poradzić, żeby zajęli się troską o własne zbawienie ale jak ma im ulżyć niech piszą sobie co chcą.
Rozumiem (choć przychodzi mi to z trudem) także tych hierarchów, dla których podstawowym tematem homilii przy okazji najważniejszych świat chrześcijańskich jest in vitro, związki partnerskie czy kwestie społeczno – polityczne. Czasem tylko tłumaczę sobie to faktem, że po prostu o tym łatwiej mówić niż o tajemnicy Bożego Narodzenia, Zmartwychwstania czy Eucharystii. Zresztą, Kościół w ich osobach ma prawo i obowiązek przypominać o sprawach podstawowych i fundamentalnych, zwłaszcza że przeciętny katolik edukacje religijną, nie mówiąc już o teologicznej, kończy co najwyżej na bierzmowaniu.
Problem pojawi się, kiedy ksiądz - nawet z profesorskim tytułem - zaczyna debatować nad tym co można wyczytać z rysów twarzy czy bruzdy na czole dziecka poczętego in vitro, albo (inny) rozwodzi się w kazaniu nad tajemnicami alkowy osób homoseksualnych. To schematy, które kojarzą i się albo z wywodzeniem wartości ludzkiej osoby w zależności od rasowego pochodzenia albo z tematyka która przystoi atmosferze przysłowiowego magla a nie z debatą światopoglądową i cywilizacyjną.
Sam sobie wyrzucam, że za rzadko swoich kolegów zwyczajnie upominamy, że to brak szacunku do bliźniego a dodatkowo mamy również do czynienia ze zwykłym sabotażem sensownej pracy tysięcy innych duchownych i świeckich a więc de facto całego Kościoła. Tajemnica zachowań w stylu „słoń w składzie porcelany” jest dla mnie niepojęta! Kiedyś jeden z młodych biskupów (a prywatnie serdeczny kolega) na mój zarzut, że zamiast aktywnie brać udział w dyskursie publicznym woli milczeć, powiedział mi wprost, że robi tak, bo przeraża go odwaga i lekkość słowa „kolegów po fachu” przekonanych, że nieomylność otrzymuje się wraz ze święceniami.
Mnie się zdaje, że dodatkowo każde takie słowo działa jak piła mechaniczna przystawiona do gałęzi, na której się siedzi. Niestety, inspiracja nie wynika jedynie z głupoty i nadgorliwości.
