Mieliśmy w ostatnich dniach dwa poważne i głośne teksty opublikowane przez dwóch poważnych i znanych księży. Jeden oznajmił wszem i wobec jak to z bruzdy na czole dziecka może rozpoznać jakie wady genetyczne ma dziecko i w jaki sposób zostało poczęte. Drugi opowiedział w metaforycznej formie jak wyobraża sobie niebo i kogo może tam spotkać. Obaj duchowni zaprezentowali w pewien sposób swoje poglądy na kluczowe dla wielu ludzi, w tym także samego Kościoła, jako instytucji i wspólnoty wiary, sprawy: życia, moralności, równości ludzi wobec Boga i innych ludzi niezależnie od ich seksualnej orientacji czy moralnej wrażliwości.

REKLAMA
Po opublikowaniu jednego tekstu rozlała się, i słusznie, fala oburzenia. Rodzice dzieci poczętych z in vitro poczuli się obrażeni i poniżeni. Postawili pytanie, czy kolejnym krokiem będzie dalsze stygmatyzowanie ich dzieci na wszelki wypadek, gdyby bruzda na czole była mało wyraźna a stan zdrowia zupełnie zadowalający, co jednoznacznie stanie w sprzeczności z opiniami, na które powoływał się ochoczo Ksiądz Profesor.
On sam swoim oponentom zaproponował, żeby wyhamowali emocje i przyszli do niego na spokojna rozmowę. najlepiej na kolanach i w pokutnym worze. Nie słyszałem, że ktoś z przełożonych Księdza rozmawiał z nim o tym co publicznie mówi, ale może to i dobrze, bo po co się dalej kompromitować.
Natomiast drugi duchowny najpierw został ekskomunikowany za swoja rzekomą herezję (a dokładnie homoherezję, choć Kodeks Prawa Kanonicznego takiego pojęcia nie zna) przez Tomasza Terlikowskiego, pełniącego ostatnio role "nadpapieża" polskiego Kościoła, a potem musiał wytłumaczyć "co poeta miał na myśli" swojemu biskupowi.
W efekcie tekst o niebie, w którym ksiądz oprowadzany przez Pana Jezusa może spotkać gejów i lesbijki zniknął z jego "Itinerarium", czyli strony o Bogu i życiu, jak były rzecznik abp Życińskiego nazywa swoje internetowe przemyślenia. Szkoda, wiele osób pomyślało, ze coś musiało być nie tak, skoro autor wycofał się z publikacji tekstu. O ile wiem, zrobił to jednak w myśl uwielbianej w Kościele zasady "dla świętego spokoju".
Oczywiście rozwiejmy tu wszelkie niedomówienia: autora wpisu o niebie dla gejów i lesbijek nie spotkało żadne prześladowanie czy represje, bo akurat biskupi polscy (w przeciwieństwie do red. Terlikowskiego) wiedzą, że wyrokowanie dla kogo miejsce w niebie jest, a kogo tam nie spotkamy jest dość ryzykowne i najczęściej nie idzie w parze z naszym ludzkim rozumieniem. Na szczęście ludowi inkwizytorzy, których w Polsce nie brakuje, mogą co najwyżej wylać swoje emocje na własnych najczęściej portalach internetowych.
Z drugiej strony znajomy biskup bez cienia ironii skomentował oba zdarzenia krotko: najwięcej zła Kościołowi robi nie jakaś faktyczna czy urojona herezja, ale nadgorliwość połączona z nienawiścią. Celna uwaga, mam nadzieje do szerszego rozważenia przez tych, którzy maja przewodzić katolickiej owczarni nad Wisłą. Osobiście przyglądając się obu przypadkom poczułem tez rodzaj ulgi. Za "zbrodnie" głupoty kary nie ma, wystarczy wstyd. Zaś najdotkliwszą kara za upublicznienie swoich snów jak na razie jest potępienie przez naczelnego Frondy.