Jeśli jeszcze ktoś zaskoczony, a może i zaszokowany gestami nowego papieża spodziewał się, że wszystko zmieni się od mszy inaugurującej pontyfikat, musi być w ciężkim szoku. Zamiast blichtru i kościelnego szpanu papież zaprosił nas na bardzo skromna uroczystość, z piękną oprawą liturgiczną i śpiewem łacińskiej mszy De Angelis, ale jednocześnie prostotą w gestach i słowach.

REKLAMA
Homilia bardziej pasowała do odpustu z okazji uroczystości św. Józefa w przeciętnej, ale wyraźnie lubiącej się parafii, niż inauguracji pontyfikatu nowego papieża. Zresztą, sam papież częściej niż słowa „papież” używał określenia „biskup Rzymu”, a kiedy mówił o władzy nie zderzył się, nawet symbolicznie, z wielkimi problemami cywilizacyjnymi już nie mówiąc o jakimś odniesieniu do wrogów Kościoła i tych, którzy chcą zniszczyć wiarę ale podkreślił służebny charakter posiadania władzy w Kościele i przez Kościół.
Trochę zaskoczyło, ale też zwyczajnie ujęło mnie osobiście, że papieski apel aby „nie bać się dobroci i czujności” jakoś nie został podchwycony przez tłumy na Placu św. Piotra, zresztą i w innych momentach oklaski brzmiały trochę sztucznie i milkły po chwili. Po gestach papieża w stylu pojechania razem z kardynałami jednym autobusem, kordialnego witania się ze znajomymi księżmi i przyjaciółmi czy zachowania prostoty stroju i zachowania przyszła pora także na prosty wykład katechetyczny, podkreślający raczej konieczność osobistego świadectwa niż ciągłej walki.
Oczywiście, papież nie jest naiwny – kiedy mówi o odpowiedzialności człowieka za siebie i innych, o rodzinie gdzie tej odpowiedzialności najlepiej i najpełniej można się nauczyć wreszcie, kiedy kieruje słowa do liderów politycznych tak licznie i własnej woli zgromadzonych i słuchających tej homilii (Watykan nikogo nie zaprosił, ale każdą z delegacji przyjął zgodnie z jej charakterem i pozycją) ma świadomość, że świat współczesny pełen jest też „Herodów” którzy zawsze wybiorą zło zamiast dobra i śmierć zamiast życia. Ale te słowa padają dopiero w konsekwencji obowiązku jaki każdy chrześcijanin ma wobec Boga i wspólnoty, której jest częścią.
Jestem niemal pewien, że styl papieża Franciszka i jego naturalność przywrócą też Watykanowi (a może i Kościołowi w Polsce?) właściwą miarę rzeczy, gdy bardziej od koloru butów, w których ma chodzić nowy czy stary papież będzie nas interesowało kim jesteśmy jako chrześcijanie i jak widzimy sens naszej obecności w świecie. Papież Franciszek pokazuje (mam nadzieję, że widzą to także polscy księża i biskupi), że buty powinny być po prostu wygodne, a chrześcijanie odważni, zwyczajnie dobrzy i odpowiedzialni za to, co głoszą i robią.