Kiedy ksiądz zostaje proboszczem biskup zwykle umieszcza w dekrecie (czyli specjalnym piśmie określającym również uprawnienia duchownego), że czyni to "mając na uwadze dobro duchowe wiernych". Wprawdzie samych wiernych nikt specjalnie nie pyta, kogo chcieliby mieć nie tylko za proboszcza, ale dekret jest przynajmniej jakimś dokumentem zawierającym coś, co nazwałbym deklaracją dobrych chęci i pewnych nadziei.
REKLAMA
Potem przychodzi życie i z tym dopasowaniem i zgraniem się pasterza i owieczek różnie już bywa. Nie wiem, czy ks. Lemański miał w akcie mianującym go proboszczem podobne słowa (na pewno brakuje ich w usunięciu z urzędu), ale akurat parafianie docenili jego pracę i księżowanie. Kłopot sprawiał raczej swojej kurii, niektórym katolickim publicystom i, jak się okazało, biskupowi.
Zajmował się sprawami i tematami, które drażniły wielu, a na dodatek swoje poglądy na sprawy tak kościelne, jak świeckie (nie wykluczając tych zwyczajnych i prozaicznych) wyrażał słowami prostymi i dosadnymi. Co ciekawe, im prościej mówił i mniej się licytował "po której stronie jest racja", tym bardziej go w księżowskim i "medialnie arcykatolickim" gronie krytykowano i zwyczajnie oczerniano. Jak za dawnych czasów pojawiły się "wyrazy słusznego oburzenia" i publiczne domaganie się ukarania księdza Lemańskiego (a tak na marginesie pozwolę sobie zadać szefowi jednego katolickiego pisma dwa pytania: Heniu, czy dziś czujesz się z tym, co kiedyś napisałeś dobrze? Arcybiskup zaspokoił Twoje oczekiwania?).
Cała akcja wokół ucieszenia ks. Lemańskiego tak naprawdę zmierzała do upokorzenia tego kapłana i wymierzenia mu dość dotkliwej i publicznej kary. Kiedy laik przeczyta pismo arcybiskupa ciągle powołujące się na takie lub inne kanony może sobie wyobrazić o działalności obwinianego i zdymisjonowanego księdza najgorsze rzeczy. Kto księdza Wojtka znał, w tym Jego parafianie i coraz liczniejsze grono słuchaczy, widzów i odbiorców jego bloga, miało zdanie zgoła odmienne.
Tymczasem jeszcze parę tygodni temu wydawało się, że jest szansa na "misję dobrej woli" i spokojne wyjaśnienie sobie przez przełożonego i podwładnego paru spraw. Niestety, zamiast spotkania i rozmowy wybrano bezduszność papieru. Samo odesłanie ks. Lemańskiego na przedwczesną i karną emeryturę jest jakimś rozpaczliwym gestem, udowadniającym na siłę raczej kto ma władze, bo już nie do końca rację. Bo albo Lemański zrobił lub powiedział coś tak strasznie złego i gorszącego, że należy go odseparować od reszty wiernych (żeby im, rzecz jasna, już więcej nie mieszał w głowach), albo trzeba mieć odwagę przyznać się, że w tym całym sporze chodzi o coś innego. Dekret abp Hosera akurat w tym względzie jest jakoś mało wyrazisty.
To porażka nie tyle samego abp Hosera i jego kurialnego otoczenia ale także, w szerszym sensie, sporej części hierarchii polskiego Kościoła. Tej, która daje jasny sygnał, że o mniej lub bardziej doskwierających nam problemach i bolączkach oraz na wiele trudnych tematów raczej nie warto rozmawiać.
Nie warto, idąc za tym tokiem myślenia, przynajmniej w duszpasterskim gronie na polskim, kościelnym podwórku. Mam nieodparte wrażenie, że od dłuższego czasu w katolickim świecie, poczynając od Watykanu papieża Franciszka, ten styl myślenia jest zwyczajnie nie do obrony, czego księdzu Lemańskiemu i nam wszystkim życzę.
