Konflikt ks. Lemańskiego z abp. Hoserem, a ostatnio wręcz z całą kurią warszawsko-praską, bo chyba tak trzeba odczytywać liczne akcje przez te instytucje animowane, nie przynosi korzyści ani chwały żadnej ze stron. Zamiast prezentowania racji, jakie stoją za takim, a nie innym stanowiskiem, mamy przerzucanie się cytatami z prywatnych rozmów, cenzurowanie internetu i zapewnianie, że ktoś o kimś wie wszystko, łącznie z pochodzeniem i tym, co człowiek naprawdę myśli, choćby głośno mówił co innego.

REKLAMA
Samo ujawnienie przez ks. Lemańskiego rozmowy z jego przełożonym niepotrzebnie zaostrzone krzywdzącą dla arcybiskupa insynuacją z jednej strony oraz opublikowanie dość kuriozalnego stanowiska kurii z drugiej pokazuje dodatkowo, że postrzeganie Kościoła jako wspaniałej wspólnoty, wręcz rodzinnej, czy choćby dość sprawnie działającej instytucji, a nawet korporacji ma się nijak do stanu faktycznego.
Gdyby relacje miedzy pojedynczym księdzem i jego szefem, biskupem, były zbudowane na zasadach normalnej rodziny nigdy nie powinno dojść do zadania kuriozalnego pytania o pochodzenie (zwykle ojciec wie, kim jest jego syn), ani do wyrokowania, że przełożony i tak lepiej wie, co jego podwładny myśli i z jakich pobudek podejmuje takie, a nie inne działania. A właśnie tak można scharakteryzować wnioski jakie płyną z rozmów ks. Lemańskiego z abp. Hoserem. Jeśli to model rodziny, to chyba z głęboką patologią w tle.
Nie znajdą też nic pocieszającego w tym konflikcie ci, którzy Kościół widzą jak wielką, globalną wręcz korporację, gdzie wszystko jest sformalizowane do granic możliwości, a czasem wręcz absurdu. W korporacjach cele i zadania są zwykle bardzo jasno określone i dość precyzyjnie egzekwowane. Gdyby tak było w diecezji abp. Hosera, on sam jako szef najpierw przypomniałby księdzu, jakie cele postawiono mu, kiedy zostawał proboszczem, do czego miał zmierzać przez swoją pracę duszpasterską i wyegzekwował, co w tym czasie duszpasterz osiągnął. Sporo mogliby mu w tym względzie podpowiedzieć sami parafianie ks. Lemańskiego, ale akurat ich nikt na Pradze specjalnie słuchać nie chce, bo - wbrew głosom innych kościelnych środowisk, zdecydowanie bliższych kurii - parafianie z Jasienicy mają dobre zdanie o swoim proboszczu i jego pracy duszpasterskiej, a złe o zagraniach, jakich są świadkami w ostatnich latach, bo przecież konflikt nie zaczął się miesiąc temu.
Mamy zatem przepychankę z elementami chwytów poniżej pasa, pasującą raczej do rozmowy w przysłowiowym maglu, a nie kościelnej kruchcie. Już widać, że w tym sporze nikt nie wygra. Raczej za chwilę zaczniemy liczyć ofiary i to po każdej ze stron. Osobiście jest mi przykro, że ktoś Kościół zamienia w magiel, nawet jeśli jest to magiel kropiony święconą wodą.